Pokazywanie postów oznaczonych etykietą integracja sensoryczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą integracja sensoryczna. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 maja 2015

Coś na szybko

I nie chodzi o obiad czy inną przekąskę :-)

Mowa o zabawie na szybko, gdy starsze oczekuje zabawienia, a młodsze wisi na rękach, bo akurat humoru brak.

Zabawa jest możliwa na szybko, o ile ma się pewne zasoby. W tym wypadku - kolorowego ryżu.
My miałyśmy. Może nie w powalającej ilości, ale wystarczyło.

Do miseczki wsypałyśmy kolorowe ziarenka. Tak naprawdę to może być cokolwiek - jakaś gruba kasza, ziarna a nawet kulki hydrożelowe (to wykorzystam następnym razem, bo też mamy).
Następnie włożyłam do niego kilka drobiazgów.



Wymieszałam i poprosiłam Milę o odnalezienie wszystkich przedmiotów.

 
Poszło piorunem. Zabawa pewnie byłaby ciekawsza, gdyby ryżu było więcej.

 
Ale ponieważ musiałyśmy zadowolić się taką ilością, jaką miałyśmy, zaczęłam kombinować z ukrywanymi przedmiotami.

Tym razem ukryłam w ryżu koraliki. Szukanie trwało troszkę dłużej, ale też udało się wszystkie odnaleźć.

 
 
 
Potem chciałam wybrać mniejsze koraliki, ale musiałyśmy przerwać zabawę, bo młodsze miało wyjątkowo zły dzień.... Ale na pewno jeszcze do tego wrócimy :-)



piątek, 5 września 2014

Ciapka II

Lubimy ciapki i co jakiś czas organizujemy sobie jakąś. Lato jest okresem wielce sprzyjającym - można skorzystać z balkonu (i nie martwić się o parkiet), można się rozebrać do minimum (i tym samym ograniczyć ilość prania), można się zmoczyć bez obaw, że się zmarznie.

Co prawda upałów już nie ma, więc tym razem zainstalowałam Milę w łazience (zawsze jednak terakotę łatwiej oczyścić).

Na tarce o grubych oczkach starłam trochę mydła. Tak właściwie to prawie dwie kostki.
 
Trochę papieru toaletowego porwałam na strzępy. Do małego naczynia nalałam ciepłej wody.
Taki zestaw umieściłam na dużej, plastikowej tacy i przekazałam Mili.


 A ona zaczęła się ciapać.



Przyniosła sobie swój koszyczek z akcesoriami, kilka rolek po papierze toaletowym i przepadła na czas jakiś.


Bawiła się naprawdę dobrze przez jakąś godzinę. Akcesoriów sobie nie żałowała :-)


A sprzątało się naprawdę dobrze. Bardzo "czysta"ciapka :-)



poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Ciapka

...czyli to, co tygrysy lubią najbardziej :-)

"Mamusiu - zrób mi jakąś ciapkę" - poprosiła dziecina wczoraj.

Ależ bardzo proszę. "Przejrzałam" swoje myśli (tak zawsze robi Mila) i udałam się do kuchni ostrzegając, że na ciapkę trzeba będzie chwilę zaczekać, bo będzie na ciepło.

Okoliczności były bardzo sprzyjające. Był upał, więc rzeczona dziecina już wcześniej rozebrała się do samych majteczek, nie było więc obaw, że się jakoś kłopotliwie ubabrze.

Ugotowałam krochmal. To znaczy - tak mi się przynajmniej wydaje, bo nigdy wcześniej tego nie robiłam. Po prostu zagotowałam wodę i dodałam do niej mąki ziemniaczanej.



Mila w tym czasie przygotowała sobie dodatki, które chciała wykorzystać w zabawie, bo wymarzyła jej się ciapka błyszcząca :-)


Gdy krochmal ostygł na tyle, że można było włożyć do niego ręce, przelałam go do miski, a miskę postawiłam na balkonie. Wydał mi się najodpowiedniejszym miejscem.

Przed włożeniem rąk Mila wsypała po trochu swoich dodatków.
Cekiny układały się na powierzchni i wyglądało to naprawdę uroczo.


 A potem zanurzyła dłonie.



 No i przepadła na DWIE GODZINY.


Przez dwie godziny siedziała na balkonie (kategorycznie zabroniłam się z niego ruszać), po turecku, przed miską, do której włożyłam jej jeszcze słoiczek, który z lubością napełniała krochmalem i oglądała zanurzone w krochmalu cekiny, przez które przeświecało słońce.


Powiem szczerze - ciapka cudowna, utrafiła w gusta Mili bezbłędnie.

Jest tylko jeden słaby punkt - sprzątanie.


Gdy Mila już skończyła, zaniosłam jej na balkon basenowe klapki, obtarłam powierzchownie z ciapki i kazałam przemaszerować do wanny. Pod prysznic. Bo oczywiście uciapała się niemiłosiernie, łącznie z włosami :-)
O utylizacji cekinowego brokatu nie będę się rozpisywać - było ciężko... Balkon do tej pory czeka na umycie, bo tak sobie wymyśliłam, że jak wyschnie, to będzie łatwiej umyć. Ale jakoś jeszcze się nie zebrałam, żeby sprawdzić, czy tak rzeczywiście jest ;-)


Jeszcze jedna znamienna rzecz - Emilka przez te bite dwie godziny zabawy non stop MÓWIŁA. Do siebie oczywiście. Ona długo może.
Żałuję, że nie miałam czasu podsłuchiwać :-)




piątek, 14 marca 2014

Pielucha

Przy okazji porządków w szafie znalazłam kilka pieluch, zachomikowanych kiedyś "na wszelki wypadek".
Takowy już nie nastąpi, spakowałam więc pieluchy dla mamy młodszej koleżanki Emilki. 
Ale jedną poświęciłam na tzw. zmarnowanie.
Czy aby na pewno? Czy fajna zabawa to marnowanie czegokolwiek?

Bo oczywiście Emilka w trakcie tych porządków była przy mnie. I oczywiście to ona wypatrzyła te pieluchy: "Mamusiu - to jest mi bardzo potrzebne." 
Nota bene - tekst słyszę przy każdej próbie (mojej) wyrzucenia jakiegoś śmiecia do kosza. Czy ja aby nie przesadziłam z tym zaszczepianiem recyclingu.....

Tak czy owak pielucha została poświęcona. No a cóż można zrobić z pieluchą, jak nie.... nalać?

No to nalałyśmy. 
I to wielokrotnie.
Wody z dzbanuszka, of course.

Niestety, nie policzyłam, ile litrów tam wlałyśmy, ale zapewniam mamy, których dziecięcia jeszcze z pieluch korzystają - dużo się tam zmieści. Wcale nie trzeba zmieniać po każdym nasiusianiu. Ja nie zmieniałam. I właśnie zobaczyłam, że miałam rację. Pielucha mocno chłonna jest. I ktoś to chyba w jakimś celu wymyślił. Na przykład - ulżenia matkom zapieluchowanych.

A jak już nalałyśmy i omówiłyśmy temat zwiększenia ciężaru pieluchy (to chyba jedyny apekt, nad którym się warto zastanowić w kwestii częstej zmiany pieluch - czy dziecko udźwignie....), trzeba było pokazać, co to takie chłonne jest.
W środku jest coś takiego, co wygląda jak przeciśnięte przez wyciskacz kulki hydrożelowe. O których było TutajTutaj trochę też.


 No i wyszła z tego kolejna ciapanina sensoryczna :-)


A ponieważ śniegu w tym roku jak na lekarstwo, było bardzo a propos :-)


Nawet bałwana można ulepić!



 

niedziela, 2 marca 2014

Pianka do golenia

Ciapanie się w różnego rodzaju masach i glutach to przednia zabawa. A jakie wspomaganie dla integracji sensorycznej.....!

Ponieważ bardzo dbamy o nasze sensory, co jakiś czas wynajduję dla Mili nowy materiał do ćwiczeń tychże.

Tym razem padło na piankę do golenia. 
Oprócz dotyku miał tu być angażowany zmysł powonienia (pianka ma specyficzny, intensywny zapach) a także wzroku, czemu  miały służyć przygotowane przeze mnie barwniki i kolorowe brokaty.


 Poloneza czas zacząć.

Wypsikałam piankę do kuwety (tej fotograficznej, przypominam...)


Dodałam barwników spożywczych.
Nie użyłam farb, bo obawiałam się, że wpłynie to na konsystencję pianki.


Posypałam brokatem. Który zaraz zniknął w piankowych odmętach, więc tego akurat nie polecam.


 No i zaczęło się. 
Ciapanina, babranina, mazanina....


Emilka była zachwycona: "To jest genialne!" - tak wykrzyknęła w pewnej chwili.
I rzeczywiście jest. Sama zanurzyłam w niej dłonie i wcale nie miałam ochoty wyjmować. Jest mięciutka, puszysta, cudownie delikatna. Żadna inna piana, z którą miałam do tej pory do czynienia, nie może się z nią równać.


 Oczywiście po pewnej chwili mieszania cała piana przyjęła standardowy odcień.
Trochę za późno pomyślałam o tym, żeby zrobić odbicie na kartce. Kolor już się zunifikował. Ale papier i tak wyszedł ciekawy.


 Emilka do zabawy użyła swoich figurek - fajnie było taplać je w pianie, gubić i odnajdywać, budować im dom i szkołę :-)

Na koniec zabawy użyta została woda i figurki mogły się wykąpać.

  
Pianka do golenia to świetny materiał sensoryczny. 
Niewiele przygotowań i niewiele sprzątania. Wbrew pozorom :-)
Kluczem jest zabezpieczenie materiałów chłonnych :-)



wtorek, 17 września 2013

Galaretka

Mila uwielbia ciapanie się w rozmaitych masach, brejach itp.
Staram się tutaj o różnorodność bo uważam, że wrażeń dotykowych nigdy za wiele.
O niektórych z nich można przeczytać: Tutaj, Tutaj, Tutaj, Tutaj, Tutaj i Tutaj.

A okoliczności są sprzyjające - Mila chora, więc przeżyć przedszkolnych brak. Możemy więc podziałać trochę w domu.

A propos przedszkola.... Entuzjazm na temat przedszkola, o którym pisałam Tutaj nieco osłabł. W dużej mierze spowodowane zostało to przez konieczność pozostawania w innej sali, jeśli przyprowadzana jest przed 8:00. Aż tu nagle,  po kilku dniach nieobecności w przedszkolu, Mila oświadczyła nagle, że już się stęskniła i chciałaby pójść :-)

Ad rem - przygotowałam galaretkę.
W dwóch kolorach. Napełniłam nasze silikonowe foremki do lodu, a także trzy miseczki.


No i dałam Mili.
Ona dobrała sobie akcesoria.


W swojej naiwności myślałam, że może połakomi się i zje trochę, ale gdzie tam... Przecież czuć owocem na kilometr...

Nie, żebym uważała, że galaretka jakaś super zdrowa jest, ale zawsze byłby to może krok do spożywania owoców.... w jakiejś formie...

Ok, zaproponowałam, padło stanowcze "Nie!", zatem 
pozostała zabawa.


 A ta była przednia.
Tradycyjnie do zabawy włączyły się figurki, które odbywały kąpiele w galaretce niczym Kleopatra w oślim mleku. Galaretkowe spa po prostu.

 

Jak łatwo się domyślić, z galaretki pozostały strzępy.
Nie ma tego złego - cichcem zebrałam je do miseczki.  

Kot myślał, że może dla niego, ale mylił się.
 

Wstawiłam do zamrażarki.

Żeby wyjąć pewnego słonecznego dnia.
 



Galaretką zamrożoną też można się fajnie bawić :-)








 

wtorek, 9 lipca 2013

Ścieżka sensoryczna

Dzisiaj przygotowałam dla Emilki ścieżkę sensoryczną.

Moje zbieractwo naprawdę się przydało. 

Uprzedziłam Milę, że chcę naszykować jej zabawę. "A mogę się podglądać?" - padło jak zawsze. Bo czasami proszę, żeby nie podglądała, bo chcę ją zaskoczyć (albo uniknąć miliona pytań: a co to, a na co, a po co, a z czego, a mogę dotknąć/powąchać/polizać?.... zanim zacznie się zabawa właściwa).  I tym razem właśnie poprosiłam, żeby nie podglądała. Zajęła się więc zabawą spinaczami do bielizny, jedną z jej ulubionych na balkonie.

A w tym czasie ja przygotowałam:

papier - taki, którym owijają kwiaty w kwiaciarni, cieniutki i szeleszczący


ścinki szmatek - hurra! przydały się! 

  kto mej radości nie rozumie, niech sobie zajrzy Tutaj



guziki
 

folię bąbelkową


wytłoczkę po czekoladkach, odwróconą do góry dnem


i kulki hydrożelowe


Ułożyłam wszystko w jednym rzędzie i zawołałam Milę.


Najpierw przeszła ścieżkę z otwartymi oczami.

Pytałam ją o odczucia - określała bardzo trafnie:

papier był szeleszczący, ścinki mięciutkie i ciepłe, guziki twarde i zimne, folia śliska, wytłoczka kłująca (oj tak - sama próbowałam), a kulki delikatne.

Potem zawiązałam jej chustkę na oczach i Mila skoncentrowała się wyłącznie na dotyku.



O mały włos nie wywaliła tacy z kulkami :-)


Ale jakoś udało się wyratować i można było sobie podreptać.


Ścieżka została schodzona w tę i z powrotem, ja też musiałam :-)

Fajna zabawa, a w dodatku daje tyle możliwości...! Już mi się tłoczą kolejne podłoża w głowie :-)

Ale wiadomo - w końcu się znudziła. Ale jeden z jej elementów nie. Taca z kulkami powędrowała na balkon i Mila spędziła przy nich jakąś godzinkę.

O kulkach już kiedyś pisałam Tutaj.


Starła je na miazgę. Cały balkon był w skrawkach kulek. Pół mieszkania zresztą też, bo co jakiś czas przybiegała informować mnie o postępach w masakrowaniu kulek. 

Ale posprzątała pięknie - nic nie musiałam poprawiać. Dobrze wiedzieć, że umie tak starannie odkurzać ;-) 


Dzisiejszy dzień zaliczam do bardzo udanych: 
zabawa ciekawa, dziecko zadowolone, mama miała chwilę dla siebie a przy okazji chałupa wyodkurzana - same zalety z konstruowania ścieżki, zachęcam!

 

 


piątek, 28 czerwca 2013

Gniotka

A więc coś, czego ugniatanie i miętoszenie dostarcza ciekawych doznań :-)

Mamy w domu jedna kupioną w sklepie, ale zachciało się nam zrobić samodzielnie.
Co potrzebne?

Balonik, mąka ziemniaczana, woda. 

I trochę akcesoriów dla ułatwienia, tudzież upiększenia.

Przede wszystkim rozciągnęłyśmy trochę balonik, czyli nadmuchałyśmy go kilka razy (ja). Potem zaczęłyśmy wsypywać do niego mąkę ziemniaczaną, podlewając ją skąpo wodą (Mila).


Co jakiś czas sprawdzała, czy już.


Dalszy proces produkcyjny gniotki musiał zostać przerwany na jakiś czas, ponieważ Emilka nie mogła sobie odmówić (ani ja jej) zabawy swoim ulubionym glutem...


 Gniotka została do zabawy włączona.


Do czynności właściwej wróciłyśmy po jakiejś półgodzince.
Mila przygotowała włoski.


Które ja zawiązałam naszej gniotce.


Narysowałam jej podstawowe elementy fizjonomii.  


Które Emilka uznała za konieczne poprawić.


Ale i tak permanentność naszego markera okazała się naciągana.
Buźki starły się bardzo szybko. 
Najlepszym wyjściem okazał się długopis.
Ciekawe, czy można kupić baloniki z nadrukowaną buźką - to by było najlepsze rozwiązanie.

Tak czy owak nasza gniotka była gotowa.

I dostarcza mnóstwa wrażeń dotykowych (mi również).




Miętoszenie jej to świetna zabawa. A wykonanie bardzo proste.
Aha - bardzo ważne, gdyby ktoś chciał zrobić - w baloniku nie powinno zostać ani trochę powietrza.