Głęboko wierzę w moc słowa czytanego.
Książek u nas było, jest i będzie dużo. Nie przypadkowych, ale starannie wybieranych.
Telewizor zdecydowanie stoi na drugim planie.
Kiedyś napisałam dla Mili bajkę terapeutyczną. Można o niej przeczytać Tutaj.
Więcej takowych nie popełniłam, ale kilkakrotnie już posługiwałam się gotowymi książkami, żeby pomóc Mili poradzić sobie z jakimś problemem. Różne skutki to odnosiło - o tym Tutaj ;-)
Kilka dni temu dostałyśmy audiobook z bajkami terapeutycznymi. Włączyłam Mili do posłuchania. Pięć bajek, opowiadanych głosem Jerzego Kryszaka, odnoszą się właściwie do jednego: aby mimo przeciwności losu nie poddawać się lecz dążyć do celu. Mimo wszystko.
Jest bajka o meduzie Matyldzie, która po przeprowadzce do nowego miejsca bardzo chciała mieć przyjaciół, ale trudno było jej ich zdobyć, ponieważ oceniano ją po wyglądzie zewnętrzym. Nie poddała się jednak i dzięki swojej odwadze udowodniła, że najważniejsze jest to, czego nie widać gołym okiem.
Jest wierszowana bajka o gawronie, nie umiejącym krakać, a jednak uparcie realizującym swoje marzenie o zostaniu aktorem (świetna dla dzieci z problemami logopedycznymi).
Jest bajka o chorym Pawełku, który zostaje dowódcą wojsk prowadzących działania wojenne w jego ciele - dla dzieci, które walczą z chorobą. To pomysł, jak wprowadzić do takiej sytuacji element zabawy, dzięki któremu chorowanie nie będzie już tylko udręką.
Jest bajka o Wojtku, który nie rozróżnia kolorów, a jednak maluje piękne obrazy i wystawia je w największej galerii na świecie - to dla dzieci, które zmagają się z różnymi deficytami.
I jest bajka o literkach, a właściwie o literce Ź, które mimo swojej niepozorności wygrywa konkurs na najpiękniejsze zdanie.
Prawie godzina słuchania historii napisanych prostym językiem, z sympatycznymi bohaterami, poruszające naprawdę ważne problemy.
Mila przesłuchała ją już kilka razy. Teraz weźmiemy ją do samochodu, bardzo się przyda na dłuższe podróże.
Płytkę wydała Oficyna MM. Część dochodu ze sprzedaży przeznacza na fundację Anny Dymnej MIMO WSZYSTKO.
Jeszcze można zdążyć przed świętami :-)
We wspieraniu rozwoju Mili i Maciusia staramy się stosować ideę Marii Montessori - stwórz dziecku sprzyjające otoczenie i pozwól w nim działać samodzielnie. Proponuj zajęcia, pokazuj możliwości, zapewniaj materiały, ale niczego nie narzucaj, na nic nie nalegaj. Obserwuj, po co dziecko sięga. Słuchaj, o co pyta . . . . . I podążaj za nim.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bajka terapeutyczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bajka terapeutyczna. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 8 grudnia 2015
sobota, 20 kwietnia 2013
Bajka terapeutyczna
Od pewnego czasu Mila zaczęła bardzo źle znosić rozstania z nami. Objawiało się to długotrwałym płaczem, podczas którego nie można było nawiązać z nią kontaktu. Ponieważ nie wystąpiły żadne nowe okoliczności, które mogłyby spowodować takie reakcje, przyczyny upatrywaliśmy w lękach rozłąkowych.
Zaczęłam się zastanawiać, jak tu Emilce pomóc.
Rozstawać się musiałyśmy i tego zmienić nie mogłam.
Postanowiłam (jak w każdej prawie sytuacji problemowej) poszukać rozwiązania w literaturze.
Podpytałam, porozglądałam się w sieci i .... nie znalazłam nic odpowiedniego.
Emilka ma dopiero trzy lata (a opisywany problem zaczął się już jakiś czas temu) i obawiałam się, że trudno będzie jej się utożsamić z bohaterką, która jest - na przykład - zwierzątkiem. A takie rozwiązanie stosowane jest w większości bajek terapeutycznych.
Pomyślałam, że nie ma rady - trzeba stworzyć coś samemu.
Za wzór obrałam sobie bajeczkę Marii Molickiej "Zuzi-Buzi".
Najpierw przeczytałam ją Emilce w oryginale, ale to nie był dobry pomysł. Bajka jest skierowana do starszych dzieci, język momentami jest dość trudny a opisana w bajce sytuacja nie do końca adekwatna do naszej.
Napisałam więc swoją bajkę.
Nie zmieniłam imienia głównej bohaterki, bo Emilka je zapamiętała i co jakiś czas domagała się książeczki o Zuzi-Buzi.
Panią Molicką więc przepraszam za to zapożyczenie. Zrobiłam to na użytek własny, więc mam nadzieję, że zbytniego naruszenia praw autorskich nie dokonałam :-)
Książeczka wyszła mi tak:
Tekst opatrzyłam ilustracjami znalezionymi w internecie.
Bajeczka rozpoczyna się tak:
"W pewnym małym mieście mieszkała sobie rodzina: mama, tata i ich córeczka, nazywana przez rodziców Zuzi-Buzi, ponieważ mama i tata bardzo lubili dawać jej buziaki. Zuzi-Buzi bardzo lubiła się przytulać do swoich rodziców. A oni bardzo lubili przytulać Zuzi- Buzi."
Niemal żywcem przepisana z oryginału. Ale potem idę już inną drogą.
Najpierw mama budzi Zuzi-Buzi rano, razem się szykują, wychodzą i jadą do babci. Tam mama zostawia córeczkę i idzie do pracy, a Zuzi-Buzi zaczyna płakać. I tak dalej.
Stwierdziłam, że dla Mili opowiadanie musi dokładnie opisywać taką sytuację, w jakiej ona faktycznie się znajduje. Jest jeszcze zbyt mała, żeby stwierdzić, że to właśnie o niej, a na tyle duża, żeby dostrzec podobieństwa i utożsamić się z bohaterką.
Przedsięwzięcie chyba się udało - płacze ustały.
Chociaż trudno z całą pewnością stwierdzić, że akurat książeczka była tego przyczyną, ponieważ równocześnie dużo z Milą rozmawialiśmy na ten temat. Prawdopodobnie zadziałało wszystko razem.
Najważniejsze, że Mila zaczęła lepiej znosić rozstania z rodzicami.
Zaczęłam się zastanawiać, jak tu Emilce pomóc.
Rozstawać się musiałyśmy i tego zmienić nie mogłam.
Postanowiłam (jak w każdej prawie sytuacji problemowej) poszukać rozwiązania w literaturze.
Podpytałam, porozglądałam się w sieci i .... nie znalazłam nic odpowiedniego.
Emilka ma dopiero trzy lata (a opisywany problem zaczął się już jakiś czas temu) i obawiałam się, że trudno będzie jej się utożsamić z bohaterką, która jest - na przykład - zwierzątkiem. A takie rozwiązanie stosowane jest w większości bajek terapeutycznych.
Pomyślałam, że nie ma rady - trzeba stworzyć coś samemu.
Za wzór obrałam sobie bajeczkę Marii Molickiej "Zuzi-Buzi".
Najpierw przeczytałam ją Emilce w oryginale, ale to nie był dobry pomysł. Bajka jest skierowana do starszych dzieci, język momentami jest dość trudny a opisana w bajce sytuacja nie do końca adekwatna do naszej.
Napisałam więc swoją bajkę.
Nie zmieniłam imienia głównej bohaterki, bo Emilka je zapamiętała i co jakiś czas domagała się książeczki o Zuzi-Buzi.
Panią Molicką więc przepraszam za to zapożyczenie. Zrobiłam to na użytek własny, więc mam nadzieję, że zbytniego naruszenia praw autorskich nie dokonałam :-)
Książeczka wyszła mi tak:
Tekst opatrzyłam ilustracjami znalezionymi w internecie.
Bajeczka rozpoczyna się tak:
"W pewnym małym mieście mieszkała sobie rodzina: mama, tata i ich córeczka, nazywana przez rodziców Zuzi-Buzi, ponieważ mama i tata bardzo lubili dawać jej buziaki. Zuzi-Buzi bardzo lubiła się przytulać do swoich rodziców. A oni bardzo lubili przytulać Zuzi- Buzi."
Niemal żywcem przepisana z oryginału. Ale potem idę już inną drogą.
Najpierw mama budzi Zuzi-Buzi rano, razem się szykują, wychodzą i jadą do babci. Tam mama zostawia córeczkę i idzie do pracy, a Zuzi-Buzi zaczyna płakać. I tak dalej.
Stwierdziłam, że dla Mili opowiadanie musi dokładnie opisywać taką sytuację, w jakiej ona faktycznie się znajduje. Jest jeszcze zbyt mała, żeby stwierdzić, że to właśnie o niej, a na tyle duża, żeby dostrzec podobieństwa i utożsamić się z bohaterką.
Przedsięwzięcie chyba się udało - płacze ustały.
Chociaż trudno z całą pewnością stwierdzić, że akurat książeczka była tego przyczyną, ponieważ równocześnie dużo z Milą rozmawialiśmy na ten temat. Prawdopodobnie zadziałało wszystko razem.
Najważniejsze, że Mila zaczęła lepiej znosić rozstania z rodzicami.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
