Po szybkim przekartkowaniu jeszcze na miejscu wydawała się fajna, ale jak zasiadłam do niej już na spokojnie w domu, próbując wybrać coś na wspólne działanie, to nic mi się nie podobało.
Odłożyłam na bok. Następnego dnia dorwała się do niej Mila. Też przekartkowała. No i wybrała od razu- ona chce zrobić taką szkatułkę:
No tak, można się było spodziewać. Przecież ona śliczna jest, ta szkatułka.... Cekiny ma. To wystarcza.
No dobra, to robimy, w sumie wszystko w domu jest. Opakowania po margarynie pieczołowicie zbieram, wata jest, bo to przecież co i rusz do czegoś się przydaje, cekinów ci u nas dostatek.
Pomysł zakładał oklejenie pudełka po margarynie kulkami z waty, a następnie ozdobienie powstałej szkatułki cekinami.
Z lekkim powątpiewaniem podchodziłam do tematu tych wacianych kulek, ale skoro tak w książce napisane....
Zaczęłyśmy od pętelki z wstążeczki, która będzie służyła do podnoszenia pokrywki. Przykleiłyśmy ją taśmą dwustronną.
I zaczęłyśmy ukręcać te kulki. Łatwo nam to nie szło. Kawałki waty nie chciały przybierać jakichś kształtnych i w miarę stałych form.
Poza tym zajmowało to tyle czasu, że zwątpiłam w wytrwałość Mili i zaczęłam szukać jakiegoś innego pomysłu.
Przyniosłam gotowe pompony. Musiałyśmy w związku z tym zmienić koncepcję z kleju na taśmę dwustronną, ponieważ pompony nie chcą się trzymać kleju, co stwierdziłyśmy kiedyś przy robieniu bombek.
Złapałam więc taśmę, z zamiarem oklejenia pudełka, a ona co? Powiedziała: pa, pa. Znalazła sobie świetny moment, żeby się skończyć.
Odechciało się już nam tej szkatułki. Pudełko po Delmie powędrowało do pudełka z pomponami w nadziei, że ozdobimy je, jak już zakupimy taśmę dwustronną. Zobaczymy. Na razie zapał do niej straciłyśmy.
Ale do pracy twórczej nie.
Co tu zrobić? Mila siedziała znudzona, a ja próbowałam coś wymyślić.
Przypomniałam sobie o kawałku masy solnej, który został nam z jakichś poprzednich działań. Położyłam go na talerzyk, otoczyłam cekinkami i tego typu ozdobami i przekazałam Mili bez narzucania jakiejkolwiek koncepcji.
Mila przyniosła sobie jeszcze przestarzałą farbę witrażową, z której zrobił się gumowaty glut. Ale miał kolor różowy, więc nic innego nie jest ważne.
I zaczęła się w tym ciapać.
Zabawa trwała jednak bardzo krótką chwilę, bo okazało się, że nasza masa leżała ciut za długo. Zrobiła się strasznie lepka, czepiała się rąk i to w sposób bardzo nieprzyjemny. Próbowałam ją reanimować, dodając to mąki, to soli, ale nic ciekawego niej nie wyszło. Do kosza.
No i co dalej? Warsztat rozłożony, materiały piętrzą się na stole, dziecko w oczekiwaniu, a tu nic nie wychodzi.
Pomyślałam, że dam jej po prostu kartkę papieru i klej, niech sobie te cekiny nakleja czy co tam chce, bo sama też już byłam zniechęcona. Ale w ostatniej chwili przypomniałam sobie o kawałku okleiny, którą kiedyś kupiłam do zrobienia nieba.
Resztóweczką naszej dwustronnej taśmy przykleiłyśmy ją do stołu.
Mila zaczęła tworzyć obrazek.
Wykorzystała też kulki styropianowe, które świetnie trzymały się okleiny (z cekinami różnie bywało).
Zaczęła powstawać zima wieczorową porą.
Dziewczynka, która macha latarką do nadjeżdżającego saniami Świętego Mikołaja. Plus, oczywiście, choinka.
Nie obyło się bez brokatu.
Emilce strasznie się jej obrazek spodobał.
Tak bardzo, że poprosiła o drugi kawałek okleiny.
Temat ten sam: dziewczynka, choinka, prezenty, wieniec adwentowy.
Magia Świąt wciąż działa :-)
Takie to obrazki nam wyszły. I pomyśleć, że już była chwila, w której myślałam, że dzisiejsze chęci na jakąś kreatywną zabawę nie doczekają się realizacji.










