Pokazywanie postów oznaczonych etykietą farby. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą farby. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 października 2016

Prawie witraż

Mamy w domu wielką płachtę grubej folii (kupionej kiedyś z metra w sklepie ogrodniczym).
Odcięłam dzisiaj od niej kawał wielkości skrzydła okiennego. Taśmą przymocowałam ją do szyby w pokoju Emilki.




Potem wyjęłam farby, pędzle i fartuch do malowania po czym zaprosiłam Milę do tak zorganizowanego warsztatu. A ona już skakała podekscytowana, co to będzie.
A to było malowanie witrażu. Prawie witrażu.



Jakoś nie zdecydowałam się na malowanie bezpośrednio na oknie. Zniechęciła mnie wizja zmywania i sprzątania. Uznałam, że z folią będzie dużo prościej.

W sumie to spodziewałam się lepszego efektu. Specjalnie wyjęłam farby akrylowe, bo nasze tempery wydały mi się zbyt płynne i za mało kryjące. Ale efektu wow! nie było. To znaczy - dla mnie. Dla Emilki był :-)





Gdy zamalowała już całe okno, przypomniałam sobie, że mamy przecież specjalne farby do malowania na szkle! Ale nie ma tego złego - była okazja do zaklejenia drugiego okna :-)



Ostatecznie okazało się, że specjalne witrażowe farby prezentują się dużo gorzej - są blade i ledwo widoczne. Ale Emilce to nie przeszkadzało. Spędziła na tym malowaniu prawie trzy godziny :-)



No i kiedy ona pozwoli zdjąć tę folię??


PS Dopiero teraz, pisząc tego posta, uświadomiłam sobie jedną rzecz - powinnyśmy malować z dodatkiem mydła w płynie! Przecież wtedy farby dużo lepiej się rozprowadzają! Jak mogłam o tym zapomnieć....


poniedziałek, 3 października 2016

Pierwsze malowanie

Maciuś wczoraj przeszedł artystyczną inicjację :-)
Zrobiłam dla niego farby do malowania rączkami.

Kiedyś już takowe popełniłam Tutaj

Ale postanowiłam poszukać innego przepisu, bo:
  1. Efekt użycia tamtych mi się nie podobał.
  2. Tamte nie były jadalne.
  3. Punkt widzenia w kwestii prostoty przepisu zmienia się w zależności od ilości posiadanych dzieci.

Tym razem wykorzystałam przepis najprostszy na świecie.

Kupiłam jogurt grecki.
Ponakładałam po trochu do formy muffinkowej i wymieszałam z barwnikami (spożywczymi!). Kolory ok, konsystencja ok, szybkość przygotowania bezkonkurencyjna.


Gotowy do użycia produkt został Maciusiowi zaprezentowany w krzesełku. Uznałam, że tak będzie bezpieczniej.

Podszedł do sprawy z dystansem, ale z pełnym skupieniem.
Najpierw tylko patrzył. Włożyłam swój palec i pomazałam kartkę. Spojrzał zdziwiony, ale zrobił to samo. 


Można powiedzieć, że był wręcz zafascynowany. Co jakiś czas spoglądał na mnie, jakby chciał się upewnić, że tak ma to właśnie wyglądać :-)  
I jakoś poszło :-)


Jeść nie próbował. Może więc w końcu dojrzeję do zabaw sensorycznych z fasolą, grochem i innymi łatwopołykalnymi?




czwartek, 21 stycznia 2016

Kleksy po raz drugi

Kiedyś już bawiłyśmy się kleksami Tutaj.
Wtedy używałyśmy tuszu w jednym kolorze, tym razem chciałyśmy bardziej kolorowo.  
Wyjęłam farby temperowe.
Mila zginała kartki, ja nakrapiałam farby.
 

Potem Mila dokładnie rozwałkowywała farbę. W przypadku tuszu wystarczył ruch ręką, farby jednak są gęste i użycie wałka było jak najbardziej uzasadnione.



Potem rozłożenie kartki....


I już można było zgadywać, co powstało.
Tutaj na przykład głowa Mruka (kto oglądał "Dzwoneczek i bestia z Nibylandii" ten powinien rozpoznać).


W tej zabawie podoba mi się zapoznawanie dziecka z pojęciem symetrii. Jednak to trochę ogranicza kształty, jakie możemy uzyskać.
Tata Mili wprowadził trochę inną wersję - farby nakładamy na całą kartkę, a następnie przykrywamy ją drugą.
 


Tutaj kształty już nie są symetryczne, ale również dają duże pole dla wyobraźni. 


Bardzo fajna zabawa, Mila nudzi się po ok. 10 obrazkach :-)

wtorek, 27 października 2015

Malowanie na szkle

Zastanawiałam się nad jakąś nową techniką plastyczną dla Emilki.

Mamy w piwnicy stertę antyram, które co jakiś czas się  przydają. Ponieważ to DIY Taty Mili sprzed lat, toteż nie jest to żadna pleksa, ale prawdziwe szkło. 

Przypomniały mi się te antyramy, więc przytachałam jedną z piwnicy. Postanowiłam zorganizować malowanie na szkle. 
Żeby było bezpiecznie, okleiłam brzeg taśmą izolacyjną. Następnie wyszukałyśmy z Milą odpowiedni obrazek.
Odpowiedni - czyli wróżkowy. Wróżki cały czas aktualne, chociaż ostatnio jakby lekko wyparte przez Meridę Waleczną :-)

Ale Meridy nie miałyśmy, miałyśmy Cynkę.

Pod szkło podłożyłyśmy obrazek i Mila odrysowała kontur permanentnym markerem.



Potem kontury wypełniała farbami (z dodatkiem mydła w płynie, wtedy farba lepiej rozprowadza się po szkle).

 

Mila malowała bardzo starannie i wychodziło to bardzo fajnie.


Gdy pomalowała wszystko, podłożyłyśmy tło. Nie miałyśmy kolorowej kartki w takim rozmiarze, tło było więc sztukowane. Obowiązkowo musiało się składać z dwóch ulubionych kolorów Emilki - różowego i niebieskiego.


Gotowa antyrama prezentowała się tak dobrze, że jednogłośnie została podjęta decyzja o powieszeniu jej na ścianie.


A to wymagało ode mnie pewnych działań praktycznych, mianowicie przyklejenia do pleców obrazka wieszaków. Najpierw okazało się, że płytę przyłożyłam do szyby złą stroną i wieszaki się nie przykleją. Musiałam przekładać. Na szczęście udało się bez uszczerbku. Szkoda tylko, że wieszaki przykleiłam odwrotnie, czyli tak, że Cynka wisiałaby głową w dół. Wrrrr.... Nie cierpię takich typowo technicznych działań.... Zawsze muszę coś schrzanić.
W końcu jednak udało się okiełznać te wieszaki i Dzwoneczek mógł zawisnąć. I wisi. Nad stolikiem Emilki.
Lubię, jak nam coś ładnego wyjdzie :-)



czwartek, 2 stycznia 2014

Fajerwerki forever

Ponieważ sylwestrowe sztuczne ognie zrobiły na Mili bardzo duże wrażenie, postanowiłyśmy dzisiaj zrobić sobie przynajmniej namiastkę tegoż. 

Przygotowałam potrzebne materiały. 


Okazało się, że obydwie mamy pomysł, jak namalować fajerwerki, ale każda inny.
Ustaliłyśmy, że najpierw zrealizujemy mój, a potem Emilkowy.

Mój polegał na użyciu "kudłatych" piłeczek.
Mila maczała je w farbie i odbijała na czarnej kartce. 


Wyszły jak żywe.


Potem nastąpiła realizacja konceptu Mili.

Środek gąbczastym pędzlem, a następnie pędzelkiem "promienie".



Efekt po prostu świetny!


Przyznałam Mili, że fajerwerki według jej pomysłu są dużo bardziej efektowne :-)


 

czwartek, 14 listopada 2013

Jesienne drzewo

Wczoraj zrobiłyśmy jesienne drzewo, na które zamierzałam się już od kilku dni (i o którym pisałam w PSie do poprzedniego posta).
Jesienne - a dokładniej listopadowe, bo z opadającymi liśćmi.
Podejrzane (od kuchni) na szkoleniu o dekoracjach okazjonalnych :-)

Na zielonym kartonie Mila przykleiła kawałki papierowej wstążki. 


W ten sposób powstało drzewo, o takie:


Potem kawałki puzzli malowałyśmy na kolory jesiennych liści. To świetny sposób na zużycie zdekompletowanych puzzli. 

U nas akurat wszystkie były kompletne. Cóż - już nie są :-)

Malowałyśmy gąbczastymi pędzelkami - dobry pomysł w tym przypadku. 


Malujemy oczywiście po lewej stronie (czyli rewers), wtedy rysuneczki nie przebijają przez farbę, a ona szybciej wysycha.

Jak już wyschnie, smarujemy je klejem i przyklejamy, gdzie nam się podoba.
Mili podobało się na gałęziach, na ziemi i w powietrzu.


Takie właśnie drzewko powstało:


Pomysł na wykorzystanie puzzli świetny, wykonanie proste i szybkie.
Na wiosnę pewnie zrobimy wiosenne drzewo :-)




niedziela, 29 września 2013

Kij golfowy

Dzisiaj chciałyśmy sobie zagrać w golfa :-)

Przede wszystkim należało przygotować kij golfowy.

Przydały się rolki - po ręcznikach papierowych i papierze toaletowym.




Okleiłam je taśmą papierową, żeby wzorki wyszły nam ciekawsze.


Mila pomalowała je farbami. 
Bardzo fajnie zresztą, użyła różnych kolorów i nie zmieszała ich ze sobą. 
Ja też zaczęłam bardziej wymagać zasady "osobny pędzelek do każdego koloru"


Mój pomysł z taśmą okazał się zatem zbędny. Wrednie posądzałam Milę o zmieszanie farb i uzyskanie jednolitego burego koloru. I wtedy taśma miała mieć sens. 
Wobec tak kolorowej twórczości Mili taśma utraciła ten sens, ale musiałam ją odkleić, żeby pokazać Mili, o co w ogóle z nią chodziło.

Rolki skleiłyśmy ze sobą taśmą bezbarwną.

I wyszedł nam taki kij. Golfowy.


Najpierw próbował Ignaś. Trafić do bramki, czyli między dwie nogi Milowego stolika.


Potem próbowała Mila, ale nie zrobiłam foto, bo akurat szukałam czegoś, co mogłoby imitować dołek. Taki, do którego wbija się piłkę.
Znalazłam recepturki.
Chciałam zaimitować (kto powiedział, że nie ma takiego słowa?!) dwa, trzy dołki, ale Mila przejęła pałeczkę.


Jak widać, prawdopodobieństwo trafienia do dołka zwiększyła maksymalnie....

Ale szybko zmieniła koncepcję. 
Ułożyła ścieżkę.


I próbowała trafić. 
Do któregoś (?) z dołków.


 Po jakimś czasie trafianie do dołków się znudziło ale kij golfowy nie. Okazało się, że świetny z niego odkurzacz.


Odkurzanie to ostatnia pasja Emilki. Ciekawe czemu... Może usiłuje dać nam do zrozumienia, że powinniśmy bardzie dbać o czystość w domu...

Kij golfowy powinien powstać dwa miesiące temu i być zabrany do dziadka. Lepiej by się sprawdził w plenerze. Ale może nie wszystko stracone?? Może jeszcze będzie jakieś lato??? Nadchodzące jesienno-depresyjne myśli nasuwają w tym względzie pewne wątpliwości...


niedziela, 14 lipca 2013

Odbijany motyl

Pogoda cały czas nie dopisuje.

Więc w ruch idą farby, żeby trochę pomalować na kolorowo ten deszczowy świat.

Sięgnęłam po sposób, który pamiętam jeszcze ze swojej podstawówki :-)

Kartkę z dużego bloku zgięłam na pół. Narysowałam kontur skrzydła motyla, a Mila pomalowała go farbami.




Gdy całe skrzydło było już zamalowane, rozłożyłam kartkę, a następnie zagięłam ją w drugą stronę. Po ponownym rozłożeniu ukazał nam się piękny motyl :-)

Któremu Mila domalowała trochę otoczenia.


A żeby zabawa się tak szybko nie skończyła, na gotowego motyla... 


...położyłyśmy czystą kartkę i znowu zrobiłyśmy odbicie, tym razem już całości, które dalej można było przyozdabiać.


I tak wkoło Macieju :-)




poniedziałek, 24 czerwca 2013

Zielono jej

Lubimy malować. O tym pisałam obszerniej Tutaj.

Na dzisiejszą kiepską pogodę (i spowodowaną tym senność mamy) trzeba było wymyślić coś niekłopotliwego.

Postawiłam na farby.

Niebieską i żółtą wcisnęłam do foliowego woreczka, dokładnie zabezpieczając taśmą brzeg.

(tak na marginesie - wygoda w używaniu farb w butelkach jest niezaprzeczalna)


Mila dostała do użytku woreczek i zaczęła malować wzorki.


Zapowiadało się miło i spokojnie.
 

 Ale cóż - zawartość woreczka szybko zrobiła się jednolicie zielona. I Mila się znudziła.
Trochę żal było mi wyrzucić taką ilość farby. Zakupionej - jakby nie było - z mojej krwawicy :-)

Wylałam więc ją na tackę, Milę przyodziałam w fartuszek i wyposażyłam w kartkę i pędzelek.


Szybko okazało się to niewystarczające. Chociaż Mila robiła, co mogła, to farby właściwie nie ubywało.


Nic, tylko duży papier. Marzenie o drzemce prysło...

Zwinęłam dywan, rozłożyłam folię, rozłożyłam papier. Rozebrałam dołem Milę i tackę z farbą postawiłam na podłodze.



"Mila, co robisz?"
"Buty".

Kozaki chyba.


Ciekawe, czy wygodne.

Stwierdziłam, że robi się monotonnie, więc dałam Mili trochę czerwonej farby.
Mila zrobiła sobie tym razem skarpetki.


Pończochy chyba.


Zrobiło się ślisko.
 

Bardzo ślisko.


Taki sobie mały ufoludek się zrobił :-)


Mycia i sprzątania było co niemiara. 
Najpierw umyłam Emilkę, przerażona wizją zielonej już do końca świata córki. Z Mili farba zeszła, z ubrania - niekoniecznie. Fartuszek okazał się być fikcją.
A szczególnie ucieszona byłam, jak Mila - wykąpana już - wykorzystała chwilę mojej nieuwagi i pobiegła sprawdzić, czy farba już wyschła.
Nie wyschła. I dalej była tak samo śliska.
Ulubiony ręcznik z kapturkiem powędrował do prania. A Mila z powrotem do wanny. 

Tak to sobie zafundowałam niekłopotliwe popołudnie...


PS    Co do butów - Mila uwielbia. Wystroi się w każde dostępne.