Pokazywanie postów oznaczonych etykietą światełka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą światełka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Łódeczki

Dzisiejszym zadaniem adwentowym było zrobienie łódek z łupinek orzechów włoskich.

Łupinki miałam już od dawna, ale jakoś gorzej było z zapałem, żeby coś z nich zrobić.
Dzisiaj w końcu miały swój wielki dzień :-)

Przydał się jeszcze mały kawałek białego płótna i klej. Potem dopiero okazało się, że lepszy byłby wodoodporny... Ale nie uprzedzajmy faktów :-)
Powycinałyśmy trójkąciki z płótna i przykleiłyśmy do wykałaczek.
Mój pierwotny plan zakładał mocowanie masztów za pomocą plasteliny. Mila ukręciła kulki z tejże w ilości odpowiadającej.
Okazało się jednak, że plastelina słabo trzyma się łupiny, zmieniłam więc koncepcję i przyniosłam świeczkę. Pokazałam Mili, jak nakapać wosku do łupinek, a sama osadzałam w nich maszty. Nawet się udało - niczego nie podpaliłyśmy, a wosku nakapałyśmy tylko na stolik. No i do łupinek, rzecz jasna. 
Proces produkcyjny nie został uwieczniony na fotografii, ale efekt końcowy i owszem:


Nic o tym, co prawda, w domku z kalendarza nie było, ale łódeczki aż się prosiły o wodowanie. 
Nalałam więc wody do miski, przyniosłam pływające świeczki i łódeczki zaczęły dryfować.



Ale tak naprawdę miło zrobiło się, gdy zgasiłyśmy światło....



  
Przy okazji nadrobiłyśmy trochę fakt przegapienia Andrzejków i lania wosku - pokazałam Mili, co dzieje się z woskiem, gdy krople spadają bezpośrednio do wody. "Ukapałam" jej kilka kształtów, którymi rozpoczęła zabawę z łódeczkami.



Światło świec zawsze kojarzy mi się ze świętami. Dzisiaj miałyśmy małe wprowadzenie do świątecznego klimatu.
W zeszłym roku robiliśmy podobnie, ale wtedy chcieliśmy ten klimat zatrzymać... (Tutaj



niedziela, 19 stycznia 2014

Light-box

Świecące pudło chodziło za mną już od kilku miesięcy. Szczególnie, że przewijało się to tu, to tam, na różnych blogach.
Ale ciągle coś nie pozwalało: a bo pudła nie mam, a bo lampek żółtych nie mam, a bo przezroczystych pchełek nie mam....

Ale jednak mnie dopadł. Cichcem. Niespodziewanie.
Stojąc do kasy w jednym z dyskontów, wzrok padł mi na wyprzedawane właśnie towary sezonowe, stłoczone w jednym z kątów. Wyglądały sylwestrowo, więc podeszłam w nadziei, że kupię słomki, bo w domu się skończyły się i ciągle o nich zapominałam (a przecież soczek pity bez słomki smakuje zupełnie beznadziejnie, jak zapewne wiecie...). Słomki były. A oprócz tego całe bogactwo rzeczy jak znalazł do naszej zabawy - neonowe kubeczki i talerzyki, malutkie zwierzątka, mieszadełka, fantazyjnie powyginane rurki.... I oczywiście wszystko kolorowe i transparentne! Uznałam, że nic innego, tylko przeznaczenie. Kupiłam. W dodatku za grosze. O słomkach oczywiście zapomniałam. 
Potem jeszcze wizyta w OBI i wybór odpowiedniego pudła. Akurat była wyprzedaż (ja to mam szczęście). Potrzebne było coś do rozproszenia światła, bo nasze pudło było zupełnie przejrzyste. W domu znalazł się kawałek białej tkaniny.
Potem jeszcze upojny wieczór spędzony na ścieraniu niebieskiej farby ze starych lampek choinkowych i mogłyśmy zaczynać.

Lampki do pudła, na pudło materiał, na materiał pokrywkę.


Oprócz gadżetów kupionych specjalnie do tej zabawy, nazbierałam w domu jeszcze trochę drobiazgów: foremki do ciasteczek, guziki, kamyki różnej maści.
Chciałam dawkować Mili atrakcje, ale ona nie z tych. Wysypała na pudło od razu wszystko. 
 

I wymyśliła zabawę: będziemy szukać takich samych rzeczy i wrzucać je do kubeczków.


W międzyczasie powstawały też kwiatki.... 


Sporo radości dostarczyły mieszadełka - Emilka cały czas uczyła mnie zasad gry - należy wybierać takie same i porównywać kolory. 


Kot był nieufny - owinął się papierem i obserwował.


Sięgnęłyśmy po gluta. Co prawda efekt nie był zbyt spektakularny, ale glut jest lubiany sam w sobie, a w połączeniu ze świecącym blatem zajął na dłużej niż zwykle. 




Glut został przebawiony ze wszystkich stron.

A świecące pudło dalej się nie znudziło. 

Podsunęłam Mili kamyki, które kupiłam wcześniej do zabawy z lustrem.
 

Z kamyków ułożyłyśmy labirynt, po którym wędrowały sobie zwierzaki.



Light-box to cudowna sprawa. Zazwyczaj zostawiam Milę samą z zabawą, żeby mogła prowadzić ją po swojemu, ale tym razem zostałam przez cały czas. Światło i ciemność naokoło, przedmioty, które nabierają innego wymiaru, gra kolorów.... Wyciszające, wręcz magiczne...


Jak dobrze, że je zrobiłam.... Jak fajnie, że jej się spodobało....









poniedziałek, 6 stycznia 2014

Ogniki na wodzie

Rozebraliśmy choinkę. Właściwie tylko dokończyliśmy dzieła, bo zaczęła rozbierać się ona sama  - igły spadały garściami. Nie było rady, ozdoby trzeba było zdjąć, kostropyszcze wyrzucić przez balkon, podłogę odkurzyć... I tyle ją widzieliśmy.

Ale żeby nie zatracić się w smutku za minionym, popracowaliśmy nad nastrojem.
Tata napełnił wodą miskę i przyniósł świeczki.
Ja przyniosłam łupiny orzechów, papierowe różyczki, których nazwijałam ostatnio trochę i kolorowe folie.

Układaliśmy to wszystko na wodzie.

Układałam ja...





Układała Mila...


I tak sobie nasze światełka pływały pośród różyczek, a my przypatrywaliśmy się, zatopieni w naszych myślach.



I zrobiło się znowu jakby świątecznie...


Chwilo - trwaj.

...