Podobno nie powinno się wchodzić w nowy rok z długami, bo będzie się z nimi borykać przez całe kolejne 12 miesięcy. Cóż.... Jeśli to prawda, to nie wróżę nam wszelkiej pomyślności. Bo zaległości mamy mnóstwo. Oczywiście okołoświątecznych.
W każde święta robimy ozdoby z masy solnej, najlepiej zabarwionej na brązowo kakao.
W tym roku robiłyśmy anioły.
Niektóre z nich lepiłyśmy tradycyjnie, formując z kawałków masy poszczególne elementy.
To niełatwy dla dziecka sposób, ale Mila dała radę :-)
Do tworzenia innych aniołków wykorzystałyśmy foremki do ciasteczek.
I ten sposób okazał się dla Mili dużo przyjemniejszy.
Tym razem masę zabarwiłam barwnikami spożywczymi.
Foremki do ciasteczek służyły nam do wycinania kształtów i odciskania wzorków. Te małe gwiazdeczki zrobiłyśmy za pomocą końcówki do zdobienia ciast kremem.
Niezastąpiony wyciskacz do czosnku....
Dwa aniołki made by Mila :-)
Potem jeszcze malowanie naszych dzieł...
I mogły wysychać.
Ja też nie próżnowałam :-)
We wspieraniu rozwoju Mili i Maciusia staramy się stosować ideę Marii Montessori - stwórz dziecku sprzyjające otoczenie i pozwól w nim działać samodzielnie. Proponuj zajęcia, pokazuj możliwości, zapewniaj materiały, ale niczego nie narzucaj, na nic nie nalegaj. Obserwuj, po co dziecko sięga. Słuchaj, o co pyta . . . . . I podążaj za nim.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą masa solna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą masa solna. Pokaż wszystkie posty
piątek, 1 stycznia 2016
poniedziałek, 16 marca 2015
Magnesy
Nie, nie będzie to lekcja o magnetyzmie, chociaż do takowej prędzej czy później dojdzie.
Dzisiaj będzie z rodzaju DIY.
Postanowiłyśmy zrobić magnesy na lodówkę. Sprzyjał temu fakt, że z naszych kupnych magnesów sukcesywnie poodpadały plastikowe otoczki i lodówkowe karteluszki przypinamy czarnymi, okrągłymi magnesami.
Rozpoczęłyśmy od wymieszania i zagniecenia masy solnej.
Przepis:
1 szklanka mąki
1 szklanka soli
łyżka mąki ziemniaczanej
łyżka oleju
łyżka kleju do tapet
niepełna szklanka wody (dolewana stopniowo, do osiągnięcia odpowiedniej konsystencji)
trochę brokatu (zgadnijcie, czyj pomysł?)
Zrobiłyśmy połowę porcji (a i tak zostało).
Gdy masa była gotowa, zaczęłyśmy lepić. Za podkładki służyły nam tekturki, owinięte folią spożywczą.
Mila zażyczyła sobie ulepienie baletnic :-)
Umieściłyśmy więc magnesy w plecach tancerek.
Mila świetnie radziła sobie ze swoją figurką. Klej do tapet i olej sprawiają, że masa staje się bardziej plastyczna.

Ulepiłyśmy:
dwie baletnice....
Kwiatka i ślimaka...
Motylka i ślimaka II...
Nie lubię suszyć w piekarniku (czasem pojawiają się spękania), ułożyłyśmy więc figurki na grzejniku.
Musiałyśmy dać im kilka dni, żeby były nie tylko suche, ale również lekkie. Zaczęłam bowiem mieć wątpliwości, czy figurki nie są za duże w stosunku do magnesów. I czy będą się trzymały.
Kolejnym etapem było wygładzenie spodów, żeby były całkiem płaskie. Przydał się papier ścierny.
Przy tej operacji niektóre czułki i nóżki zostały odłączone od tułowia.... Ale na szczęście "Kropelka" w żelu była w domu :-)
No i pozostało malowanie.
Figurki wyszły tak:
Szybko wyschły (farby akrylowe tak mają), ruszyłyśmy więc z nimi do lodówki.
I tu niespodzianka.
Ślimaczek się trzymał. A reszta nie chciała. Na początku myślałam, że jednak za ciężkie. Ale coś mi nie pasowało. Jakieś przyciąganie powinno być jednak wyczuwalne. A tu zero....
I cóż się okazało?
Ano to, że nie zwróciłam uwagi, którą stroną przyklejam magnez. I rzecz jasna - zgodnie z prawami Murphy'ego - prawie wszystkie włożone były źle. Żal mi było naszej pracy (chociaż Emilka nie była zawiedziona - stwierdziła, że weźmie sobie te figurki do zabawy) i zaczęłam kombinować. Z trzech figurek udało się wydłubać magnesy. Przykleiłam je klejem już w prawidłowy sposób.
Dzisiaj nastąpiła inauguracja:


Nie wszystkie się trzymały - niektóre jednak są za ciężkie. Ale przynajmniej czuło się przyciąganie. Mila zaanektowała je do swoich zabaw.
Nasze magnesy dumnie trzymają kartkę z listą "obowiązków Emilki" :-)
Dzisiaj będzie z rodzaju DIY.
Postanowiłyśmy zrobić magnesy na lodówkę. Sprzyjał temu fakt, że z naszych kupnych magnesów sukcesywnie poodpadały plastikowe otoczki i lodówkowe karteluszki przypinamy czarnymi, okrągłymi magnesami.
Rozpoczęłyśmy od wymieszania i zagniecenia masy solnej.
Przepis:
1 szklanka mąki
1 szklanka soli
łyżka mąki ziemniaczanej
łyżka oleju
łyżka kleju do tapet
niepełna szklanka wody (dolewana stopniowo, do osiągnięcia odpowiedniej konsystencji)
trochę brokatu (zgadnijcie, czyj pomysł?)
Zrobiłyśmy połowę porcji (a i tak zostało).
Gdy masa była gotowa, zaczęłyśmy lepić. Za podkładki służyły nam tekturki, owinięte folią spożywczą.
Mila zażyczyła sobie ulepienie baletnic :-)
Umieściłyśmy więc magnesy w plecach tancerek.
Mila świetnie radziła sobie ze swoją figurką. Klej do tapet i olej sprawiają, że masa staje się bardziej plastyczna.
Ulepiłyśmy:
dwie baletnice....
Kwiatka i ślimaka...
Motylka i ślimaka II...
Nie lubię suszyć w piekarniku (czasem pojawiają się spękania), ułożyłyśmy więc figurki na grzejniku.
Musiałyśmy dać im kilka dni, żeby były nie tylko suche, ale również lekkie. Zaczęłam bowiem mieć wątpliwości, czy figurki nie są za duże w stosunku do magnesów. I czy będą się trzymały.
Kolejnym etapem było wygładzenie spodów, żeby były całkiem płaskie. Przydał się papier ścierny.
Przy tej operacji niektóre czułki i nóżki zostały odłączone od tułowia.... Ale na szczęście "Kropelka" w żelu była w domu :-)
No i pozostało malowanie.
Figurki wyszły tak:
Szybko wyschły (farby akrylowe tak mają), ruszyłyśmy więc z nimi do lodówki.
I tu niespodzianka.
Ślimaczek się trzymał. A reszta nie chciała. Na początku myślałam, że jednak za ciężkie. Ale coś mi nie pasowało. Jakieś przyciąganie powinno być jednak wyczuwalne. A tu zero....
I cóż się okazało?
Ano to, że nie zwróciłam uwagi, którą stroną przyklejam magnez. I rzecz jasna - zgodnie z prawami Murphy'ego - prawie wszystkie włożone były źle. Żal mi było naszej pracy (chociaż Emilka nie była zawiedziona - stwierdziła, że weźmie sobie te figurki do zabawy) i zaczęłam kombinować. Z trzech figurek udało się wydłubać magnesy. Przykleiłam je klejem już w prawidłowy sposób.
Dzisiaj nastąpiła inauguracja:
Nie wszystkie się trzymały - niektóre jednak są za ciężkie. Ale przynajmniej czuło się przyciąganie. Mila zaanektowała je do swoich zabaw.
Nasze magnesy dumnie trzymają kartkę z listą "obowiązków Emilki" :-)
środa, 25 lutego 2015
Klimaty jeszcze zimowe
Czuć wiosnę w powietrzu. Temperatura wysoka, ciepły wiaterek wieje w twarz.
"Wiosna nadchodzi, córeczko".
"Jak to? Przecież ja jeszcze nie ulepiłam ani jednego bałwana!"
Co prawda, to prawda. Śniegu tej zimy było jak na lekarstwo, a jak już był, to my albo nie mogłyśmy wyjść, albo mróz był i śnieg się kiepsko lepił. Gdybym wtedy wiedziała, że to jedyna okazja na bałwana, to byłabym bardziej uparta, a tak? Zima mija, a bałwanów niet.
No to sobie jakąś namiastkę zorganizowałyśmy. Ponieważ akurat pianki do golenia w domu nie było (a po wymieszaniu tejże z mąką ziemniaczaną wychodzi fajny śnieg), zrobiłyśmy masę solną.
Tradycyjnie - szklanka mąki, szklanka soli i pół szklanki wody. Dodałyśmy też trochę oleju i białego brokatu, żeby się błyszczało, jak śnieg w słońcu.
Mila osobiście zagniatała masę.
Potem wycinałyśmy kształty - kółeczka różnych rozmiarów , renifery i spadające gwiazdy (tak wybrała Emilka).
Najwięcej uwagi poświęciłyśmy bałwankom.
Do części masy dodałyśmy barwników - miałyśmy więc czerwoną na nosy i niebieską na garnki :-)
Do zdobienia użyłyśmy też ziarenek kolorowego pieprzu.
Garnki wycinałyśmy nożem.

Do ozdobienia użyłyśmy też cynamonu - zaczęłyśmy od rogów renifera:
Ale bałwankom też się dostało :-)
Bałwanki i inne zostały pozostawione do wysuszenia w temperaturze pokojowej.
Po części artystycznej nastąpiła - jak zawsze - zabawa w ciapaninę.
Reszta masy, plus woda, plus kakao.
"Wiosna nadchodzi, córeczko".
"Jak to? Przecież ja jeszcze nie ulepiłam ani jednego bałwana!"
Co prawda, to prawda. Śniegu tej zimy było jak na lekarstwo, a jak już był, to my albo nie mogłyśmy wyjść, albo mróz był i śnieg się kiepsko lepił. Gdybym wtedy wiedziała, że to jedyna okazja na bałwana, to byłabym bardziej uparta, a tak? Zima mija, a bałwanów niet.
No to sobie jakąś namiastkę zorganizowałyśmy. Ponieważ akurat pianki do golenia w domu nie było (a po wymieszaniu tejże z mąką ziemniaczaną wychodzi fajny śnieg), zrobiłyśmy masę solną.
Tradycyjnie - szklanka mąki, szklanka soli i pół szklanki wody. Dodałyśmy też trochę oleju i białego brokatu, żeby się błyszczało, jak śnieg w słońcu.
Mila osobiście zagniatała masę.
Potem wycinałyśmy kształty - kółeczka różnych rozmiarów , renifery i spadające gwiazdy (tak wybrała Emilka).
Najwięcej uwagi poświęciłyśmy bałwankom.
Do części masy dodałyśmy barwników - miałyśmy więc czerwoną na nosy i niebieską na garnki :-)
Do zdobienia użyłyśmy też ziarenek kolorowego pieprzu.
Garnki wycinałyśmy nożem.


Do ozdobienia użyłyśmy też cynamonu - zaczęłyśmy od rogów renifera:
Ale bałwankom też się dostało :-)
Bałwanki i inne zostały pozostawione do wysuszenia w temperaturze pokojowej.
Po części artystycznej nastąpiła - jak zawsze - zabawa w ciapaninę.
Reszta masy, plus woda, plus kakao.
Bałwanowo dziecko zostało usatysfakcjonowane. Chociaż - wiadomo - nie ma to jak bałwan z prawdziwego śniegu....
Może za rok się uda.
poniedziałek, 23 grudnia 2013
Masa solna w świątecznej odsłonie
Masa solna doczekała się w końcu naszej uwagi.
Powstała, i poddana obróbce, nabrała świątecznych kształtów.
Masę zrobiłam z pierwotnego przepisu, czyli 1 szklanka mąki, jedna szklanka soli, jedna szklanka wody. Plus kakao. Masa z przepisu, w którym jest więcej mąki jest co prawda fajniejsza przy formowaniu, ale często pęka przy wysychaniu.
Ja jeszcze wiem, co to znaczy "szklanka" w przepisie. Ale czy dorosła Mila będzie potrafiła upiec ciasto z mojego przepisu.... "Szklanka? Co to jest ?"
Mila przeszła już instruktażowy kurs lepienia aniołów w przedszkolu, doskonale więc wiedziała, co robić: zażądała masy, tekturki i miseczki z wodą.
Ta miseczka to było u nas novum, ciekawa więc byłam, do czego będzie jej potrzebna.
Okazało się, że do zwilżania masy, aby nowo dodawane elementy lepiej się przyklejały.
Momentami wody było za dużo, przez co np. włosy trochę straciły na wyrazistości....
Elementy facjaty powstały z użyciem wykałaczki.
Aniołek dostał też aureolkę, a co.
Ja przez ten czas też nie próżnowałam.
Pozazdrościłam córce i ulepiłam anioła.
Obydwa prezentują się tak:
Postanowiłam też wyprodukować zawieszki na choinkę. Albo nie na choinkę, ta kwestia była otwarta.
Po wyschnięciu rysowałyśmy wykałaczką kolorowe kropeczki.
Wyszło tego.... trochę.
Pętelki ze sznureczka i próba generalna.
W roli choinki wystąpiła zamia :-)
A aniołek Emilki w efekcie końcowym prezentuje się tak:
Od A do Z wykonany samodzielnie!
Mama pęka z dumy..... :-)
Gdybyśmy się już nie czytali przed, to.... Wesołych Świąt!
Powstała, i poddana obróbce, nabrała świątecznych kształtów.
Masę zrobiłam z pierwotnego przepisu, czyli 1 szklanka mąki, jedna szklanka soli, jedna szklanka wody. Plus kakao. Masa z przepisu, w którym jest więcej mąki jest co prawda fajniejsza przy formowaniu, ale często pęka przy wysychaniu.
Ja jeszcze wiem, co to znaczy "szklanka" w przepisie. Ale czy dorosła Mila będzie potrafiła upiec ciasto z mojego przepisu.... "Szklanka? Co to jest ?"
Mila przeszła już instruktażowy kurs lepienia aniołów w przedszkolu, doskonale więc wiedziała, co robić: zażądała masy, tekturki i miseczki z wodą.
Ta miseczka to było u nas novum, ciekawa więc byłam, do czego będzie jej potrzebna.
Okazało się, że do zwilżania masy, aby nowo dodawane elementy lepiej się przyklejały.
Momentami wody było za dużo, przez co np. włosy trochę straciły na wyrazistości....
Elementy facjaty powstały z użyciem wykałaczki.
Aniołek dostał też aureolkę, a co.
Ja przez ten czas też nie próżnowałam.
Pozazdrościłam córce i ulepiłam anioła.
Obydwa prezentują się tak:
Postanowiłam też wyprodukować zawieszki na choinkę. Albo nie na choinkę, ta kwestia była otwarta.
Po wyschnięciu rysowałyśmy wykałaczką kolorowe kropeczki.
Wyszło tego.... trochę.
Pętelki ze sznureczka i próba generalna.
W roli choinki wystąpiła zamia :-)
A aniołek Emilki w efekcie końcowym prezentuje się tak:
Od A do Z wykonany samodzielnie!
Mama pęka z dumy..... :-)
Gdybyśmy się już nie czytali przed, to.... Wesołych Świąt!
niedziela, 27 października 2013
Zagroda
Dzisiaj zrobiłyśmy zagrodę dla zwierząt.
Komplet takowych zakupiłam. Okazuje się zresztą, że nie tak łatwo jest kupić komplet zwierząt gospodarskich. Królują zwierzęta dzikie i dinozaury. Ale po odwiedzeniu kilku sklepów udało się.
Najpierw zrobiłyśmy masę solną.
Mila odmierzała mąkę.
Mieszali i ugniatali razem z bratem.
Komplet zwierzątek czekał cierpliwie na swój dom.
Mila wałkowała masę.
Po rozwałkowaniu wyłożyłyśmy nią dno tekturowego pudełka.
Tym samym uzyskałyśmy podłoże, na którym mogłyśmy zacząć działać (pomysł jak Tutaj).
Działanie zaczęłyśmy od wykałaczek przekrojonych na pół.
Mila ułożyła płotek.
Który stał się zagrodą dla kozy.
Zrobiłyśmy też trochę brązowej masy.
Która stała się błotkiem dla świnek.
Mila pokolorowała kawałek rolki po papierze toaletowym.
Który stał się budą dla pieska.
Owieczki też znalazły schronienie.
Krówkom zrobiłyśmy ogrodzenie, żeby miały swoje miejsce.
Konie piły wodę (niebieska masa też się przydała).
Córeczka czekała cierpliwie, aż jej mama nasyci pragnienie.
Kurki znalazły kącik dla siebie przy trawce.
W naszej zagrodzie stoi też ul - oczywiście pod drzewem, żeby pszczółki miały blisko.
Cała zagroda wygląda tak (choć zdjęcie zrobione jeszcze przed pewnymi działaniami):
W rzeczywistości wygląda ciekawiej.
Nasza zagroda wyszła po prostu super!
Komplet takowych zakupiłam. Okazuje się zresztą, że nie tak łatwo jest kupić komplet zwierząt gospodarskich. Królują zwierzęta dzikie i dinozaury. Ale po odwiedzeniu kilku sklepów udało się.
Najpierw zrobiłyśmy masę solną.
Mila odmierzała mąkę.
Mieszali i ugniatali razem z bratem.
Komplet zwierzątek czekał cierpliwie na swój dom.
Mila wałkowała masę.
Po rozwałkowaniu wyłożyłyśmy nią dno tekturowego pudełka.
Tym samym uzyskałyśmy podłoże, na którym mogłyśmy zacząć działać (pomysł jak Tutaj).
Działanie zaczęłyśmy od wykałaczek przekrojonych na pół.
Mila ułożyła płotek.
Który stał się zagrodą dla kozy.
Zrobiłyśmy też trochę brązowej masy.
Która stała się błotkiem dla świnek.
Mila pokolorowała kawałek rolki po papierze toaletowym.
Który stał się budą dla pieska.
Owieczki też znalazły schronienie.
Krówkom zrobiłyśmy ogrodzenie, żeby miały swoje miejsce.
Konie piły wodę (niebieska masa też się przydała).
Córeczka czekała cierpliwie, aż jej mama nasyci pragnienie.
Kurki znalazły kącik dla siebie przy trawce.
W naszej zagrodzie stoi też ul - oczywiście pod drzewem, żeby pszczółki miały blisko.
Cała zagroda wygląda tak (choć zdjęcie zrobione jeszcze przed pewnymi działaniami):
W rzeczywistości wygląda ciekawiej.
Nasza zagroda wyszła po prostu super!
Subskrybuj:
Posty (Atom)







