Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieczorem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieczorem. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 marca 2014

Bajki na ścianie

Nie lubię, nie lubię... I nic na to nie poradzę. Za zimno, za ciemno. Te ciemności wychodzą mi już bokiem. Co prawda ma się ku lepszemu, bo zachód słońca coraz później i już nawet do domu udaje nam się wracać za widna. Ale jednak wieczory cały czas jeszcze zbyt wcześnie się zaczynają. 

Staramy się je urozmaicać - a to pływające świeczki a to świecące pudło.

Ale wieczorów dużo... 
Więc szukałam dalej.

I.....


Pamiętacie to?


Zasłanianie okna (jak nie można było się już doczekać całkowitych ciemności), zdejmowanie obrazków ze ściany, żeby nic nie przeszkadzało, ustawianie krzeseł, no bo przecież musi być jak w kinie.... 

To se ne wrati?

;-)

Najpierw szukałam, żeby kupić. 
Ale okazało się, że za używany rzutnik trzeba zapłacić nawet i 200 zł. No niedoczekanie. Więc zaczęłam pytać - krewnych i znajomych królika. I prosić, żeby pytali swoich krewnych i znajomych. Że może ktoś, gdzieś, na strychu, w graciarni...

No i znalazł się. Ot tak, po prostu. Z zestawem kilkunastu bajek. Dziadek triumfalnie przywiózł, w charakterze prezentu urodzinowego.  

No i zasłoniliśmy okna, zdjęliśmy obrazki...
I oglądaliśmy bajki na ścianie.



To nie to samo, co bajka w telewizji. Nie można zostawić dziecka samego - przecież musicie czytać. A nastrój tego czytania jest niepowtarzalny. 

Poszukajcie rzutnika i Wy.
Póki wieczory długie.


niedziela, 19 stycznia 2014

Light-box

Świecące pudło chodziło za mną już od kilku miesięcy. Szczególnie, że przewijało się to tu, to tam, na różnych blogach.
Ale ciągle coś nie pozwalało: a bo pudła nie mam, a bo lampek żółtych nie mam, a bo przezroczystych pchełek nie mam....

Ale jednak mnie dopadł. Cichcem. Niespodziewanie.
Stojąc do kasy w jednym z dyskontów, wzrok padł mi na wyprzedawane właśnie towary sezonowe, stłoczone w jednym z kątów. Wyglądały sylwestrowo, więc podeszłam w nadziei, że kupię słomki, bo w domu się skończyły się i ciągle o nich zapominałam (a przecież soczek pity bez słomki smakuje zupełnie beznadziejnie, jak zapewne wiecie...). Słomki były. A oprócz tego całe bogactwo rzeczy jak znalazł do naszej zabawy - neonowe kubeczki i talerzyki, malutkie zwierzątka, mieszadełka, fantazyjnie powyginane rurki.... I oczywiście wszystko kolorowe i transparentne! Uznałam, że nic innego, tylko przeznaczenie. Kupiłam. W dodatku za grosze. O słomkach oczywiście zapomniałam. 
Potem jeszcze wizyta w OBI i wybór odpowiedniego pudła. Akurat była wyprzedaż (ja to mam szczęście). Potrzebne było coś do rozproszenia światła, bo nasze pudło było zupełnie przejrzyste. W domu znalazł się kawałek białej tkaniny.
Potem jeszcze upojny wieczór spędzony na ścieraniu niebieskiej farby ze starych lampek choinkowych i mogłyśmy zaczynać.

Lampki do pudła, na pudło materiał, na materiał pokrywkę.


Oprócz gadżetów kupionych specjalnie do tej zabawy, nazbierałam w domu jeszcze trochę drobiazgów: foremki do ciasteczek, guziki, kamyki różnej maści.
Chciałam dawkować Mili atrakcje, ale ona nie z tych. Wysypała na pudło od razu wszystko. 
 

I wymyśliła zabawę: będziemy szukać takich samych rzeczy i wrzucać je do kubeczków.


W międzyczasie powstawały też kwiatki.... 


Sporo radości dostarczyły mieszadełka - Emilka cały czas uczyła mnie zasad gry - należy wybierać takie same i porównywać kolory. 


Kot był nieufny - owinął się papierem i obserwował.


Sięgnęłyśmy po gluta. Co prawda efekt nie był zbyt spektakularny, ale glut jest lubiany sam w sobie, a w połączeniu ze świecącym blatem zajął na dłużej niż zwykle. 




Glut został przebawiony ze wszystkich stron.

A świecące pudło dalej się nie znudziło. 

Podsunęłam Mili kamyki, które kupiłam wcześniej do zabawy z lustrem.
 

Z kamyków ułożyłyśmy labirynt, po którym wędrowały sobie zwierzaki.



Light-box to cudowna sprawa. Zazwyczaj zostawiam Milę samą z zabawą, żeby mogła prowadzić ją po swojemu, ale tym razem zostałam przez cały czas. Światło i ciemność naokoło, przedmioty, które nabierają innego wymiaru, gra kolorów.... Wyciszające, wręcz magiczne...


Jak dobrze, że je zrobiłam.... Jak fajnie, że jej się spodobało....









poniedziałek, 6 stycznia 2014

Ogniki na wodzie

Rozebraliśmy choinkę. Właściwie tylko dokończyliśmy dzieła, bo zaczęła rozbierać się ona sama  - igły spadały garściami. Nie było rady, ozdoby trzeba było zdjąć, kostropyszcze wyrzucić przez balkon, podłogę odkurzyć... I tyle ją widzieliśmy.

Ale żeby nie zatracić się w smutku za minionym, popracowaliśmy nad nastrojem.
Tata napełnił wodą miskę i przyniósł świeczki.
Ja przyniosłam łupiny orzechów, papierowe różyczki, których nazwijałam ostatnio trochę i kolorowe folie.

Układaliśmy to wszystko na wodzie.

Układałam ja...





Układała Mila...


I tak sobie nasze światełka pływały pośród różyczek, a my przypatrywaliśmy się, zatopieni w naszych myślach.



I zrobiło się znowu jakby świątecznie...


Chwilo - trwaj.

...