niedziela, 19 stycznia 2014

Light-box

Świecące pudło chodziło za mną już od kilku miesięcy. Szczególnie, że przewijało się to tu, to tam, na różnych blogach.
Ale ciągle coś nie pozwalało: a bo pudła nie mam, a bo lampek żółtych nie mam, a bo przezroczystych pchełek nie mam....

Ale jednak mnie dopadł. Cichcem. Niespodziewanie.
Stojąc do kasy w jednym z dyskontów, wzrok padł mi na wyprzedawane właśnie towary sezonowe, stłoczone w jednym z kątów. Wyglądały sylwestrowo, więc podeszłam w nadziei, że kupię słomki, bo w domu się skończyły się i ciągle o nich zapominałam (a przecież soczek pity bez słomki smakuje zupełnie beznadziejnie, jak zapewne wiecie...). Słomki były. A oprócz tego całe bogactwo rzeczy jak znalazł do naszej zabawy - neonowe kubeczki i talerzyki, malutkie zwierzątka, mieszadełka, fantazyjnie powyginane rurki.... I oczywiście wszystko kolorowe i transparentne! Uznałam, że nic innego, tylko przeznaczenie. Kupiłam. W dodatku za grosze. O słomkach oczywiście zapomniałam. 
Potem jeszcze wizyta w OBI i wybór odpowiedniego pudła. Akurat była wyprzedaż (ja to mam szczęście). Potrzebne było coś do rozproszenia światła, bo nasze pudło było zupełnie przejrzyste. W domu znalazł się kawałek białej tkaniny.
Potem jeszcze upojny wieczór spędzony na ścieraniu niebieskiej farby ze starych lampek choinkowych i mogłyśmy zaczynać.

Lampki do pudła, na pudło materiał, na materiał pokrywkę.


Oprócz gadżetów kupionych specjalnie do tej zabawy, nazbierałam w domu jeszcze trochę drobiazgów: foremki do ciasteczek, guziki, kamyki różnej maści.
Chciałam dawkować Mili atrakcje, ale ona nie z tych. Wysypała na pudło od razu wszystko. 
 

I wymyśliła zabawę: będziemy szukać takich samych rzeczy i wrzucać je do kubeczków.


W międzyczasie powstawały też kwiatki.... 


Sporo radości dostarczyły mieszadełka - Emilka cały czas uczyła mnie zasad gry - należy wybierać takie same i porównywać kolory. 


Kot był nieufny - owinął się papierem i obserwował.


Sięgnęłyśmy po gluta. Co prawda efekt nie był zbyt spektakularny, ale glut jest lubiany sam w sobie, a w połączeniu ze świecącym blatem zajął na dłużej niż zwykle. 




Glut został przebawiony ze wszystkich stron.

A świecące pudło dalej się nie znudziło. 

Podsunęłam Mili kamyki, które kupiłam wcześniej do zabawy z lustrem.
 

Z kamyków ułożyłyśmy labirynt, po którym wędrowały sobie zwierzaki.



Light-box to cudowna sprawa. Zazwyczaj zostawiam Milę samą z zabawą, żeby mogła prowadzić ją po swojemu, ale tym razem zostałam przez cały czas. Światło i ciemność naokoło, przedmioty, które nabierają innego wymiaru, gra kolorów.... Wyciszające, wręcz magiczne...


Jak dobrze, że je zrobiłam.... Jak fajnie, że jej się spodobało....









7 komentarzy:

  1. Super wykonanie! I bardzo fajne elementy do zabawy kreatywnej :) A jak już zostawiasz samą, to podglądasz czasami co robi czy zostawiasz jej "prywatność" ? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To zależy jak bardzo jestem wtedy zajęta swoimi sprawami :-) Ale przyznaję, że lubię podglądać, lepiej ją wtedy poznaję.

      Usuń
  2. Ja + wczesne macierzyństwo = ... sama sprawdź co :)
    Serdecznie zapraszam! http://stormofhormones.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Też nad czymś takim myślałam, ale moje dziecko zamiast się nim bawić zapewne będzie rozbierać i dochodzić do tego co to świeci i dlaczego

    OdpowiedzUsuń
  4. Mila uczestniczyła w przygotowaniach od samego początku, więc wiedziała co świeci i dlaczego. Więc spokojnie zajęła się zabawą. Nota bene - od tamtej pory codziennie życzy sobie "zabawy z lampkami" :-)

    OdpowiedzUsuń

Wpisz komentarz...