niedziela, 27 listopada 2016

Anioły z porcelany

Rozpoczął się adwent, na ścianie zawisnął nasz kalendarz. Ten sam, co rok temu i dwa lata temu Tutaj.
Dzisiaj Mila otworzyła pierwszy domek.
A tam zadanie - "aniołki z zimnej porcelany".

Taką bowiem masę plastyczna napotkałam ostatnio - niestety, tylko wirtualnie.

Przepisów w necie można znaleźć wiele, ja oczywiście wybrałam jeden z tych najłatwiejszych.

1 miarka maki/skrobi ziemniaczanej
1 miarka kleju Wikol
2 łyżki soku z cytryny
2 łyżki oliwki

Wszystko wymieszać w misce.

Tak też uczyniłyśmy.
 

Tych, którzy chcieliby skorzystać z przepisu, przestrzegam - trzeba mieszać łyżką, aż masa stanie się plastyczna. Dopiero wtedy można dokończyć wyrabianie rękami i to po uprzednim porządnym ich naoliwieniu. Masa klei się do rąk, szczególnie świeża.

No i zaczęłyśmy lepienie.


Przydały się foremki do ciasteczek (jak Tutaj).


Przy łączeniu poszczególnych elementów warto zwilżyć je wodą.


A gdy zostało już malutko masy, to jeszcze popełniłyśmy takie różyczki na listku.


Tak sobie teraz patrzę na te nasze aniołki, które schną.... chyba zbyt jednak rzadka ta nasza masa wyszła, bo wytwory tracą na wyrazistości. Może trzeba je będzie pomalować, żeby był lepszy efekt. Ale to się jeszcze zobaczy. 



niedziela, 20 listopada 2016

Magnetyczne motylki

Wczoraj zrobiłyśmy dla Maciusia motylki.
Wydrukowałam ich kilka, a Emilka pokolorowała im skrzydełka z moim zastrzeżeniem, że motylki muszą znacznie różnić się od siebie kolorystycznie. 




Potem wycięłyśmy je i zalaminowałyśmy. A potem znowu wycięłyśmy.



Każdego motylka Mila przecięła na pół, dokładnie wzdłuż tułowia.
Następnie taśmą dwustronną przykleiłyśmy do lewej strony kawałki magnesów.


Maciuś dostał motylki (najpierw dwa) na swoją tabliczkę magnetyczną. Jego zadaniem było dopasowanie pasujących skrzydełek i złożenie motyli w całość. 


Się udało :-)


Motylki zamieszkały na naszej lodówce, gdzie w każdej chwili można się nimi pobawić.




niedziela, 9 października 2016

Prawie witraż

Mamy w domu wielką płachtę grubej folii (kupionej kiedyś z metra w sklepie ogrodniczym).
Odcięłam dzisiaj od niej kawał wielkości skrzydła okiennego. Taśmą przymocowałam ją do szyby w pokoju Emilki.




Potem wyjęłam farby, pędzle i fartuch do malowania po czym zaprosiłam Milę do tak zorganizowanego warsztatu. A ona już skakała podekscytowana, co to będzie.
A to było malowanie witrażu. Prawie witrażu.



Jakoś nie zdecydowałam się na malowanie bezpośrednio na oknie. Zniechęciła mnie wizja zmywania i sprzątania. Uznałam, że z folią będzie dużo prościej.

W sumie to spodziewałam się lepszego efektu. Specjalnie wyjęłam farby akrylowe, bo nasze tempery wydały mi się zbyt płynne i za mało kryjące. Ale efektu wow! nie było. To znaczy - dla mnie. Dla Emilki był :-)





Gdy zamalowała już całe okno, przypomniałam sobie, że mamy przecież specjalne farby do malowania na szkle! Ale nie ma tego złego - była okazja do zaklejenia drugiego okna :-)



Ostatecznie okazało się, że specjalne witrażowe farby prezentują się dużo gorzej - są blade i ledwo widoczne. Ale Emilce to nie przeszkadzało. Spędziła na tym malowaniu prawie trzy godziny :-)



No i kiedy ona pozwoli zdjąć tę folię??


PS Dopiero teraz, pisząc tego posta, uświadomiłam sobie jedną rzecz - powinnyśmy malować z dodatkiem mydła w płynie! Przecież wtedy farby dużo lepiej się rozprowadzają! Jak mogłam o tym zapomnieć....


poniedziałek, 3 października 2016

Pierwsze malowanie

Maciuś wczoraj przeszedł artystyczną inicjację :-)
Zrobiłam dla niego farby do malowania rączkami.

Kiedyś już takowe popełniłam Tutaj

Ale postanowiłam poszukać innego przepisu, bo:
  1. Efekt użycia tamtych mi się nie podobał.
  2. Tamte nie były jadalne.
  3. Punkt widzenia w kwestii prostoty przepisu zmienia się w zależności od ilości posiadanych dzieci.

Tym razem wykorzystałam przepis najprostszy na świecie.

Kupiłam jogurt grecki.
Ponakładałam po trochu do formy muffinkowej i wymieszałam z barwnikami (spożywczymi!). Kolory ok, konsystencja ok, szybkość przygotowania bezkonkurencyjna.


Gotowy do użycia produkt został Maciusiowi zaprezentowany w krzesełku. Uznałam, że tak będzie bezpieczniej.

Podszedł do sprawy z dystansem, ale z pełnym skupieniem.
Najpierw tylko patrzył. Włożyłam swój palec i pomazałam kartkę. Spojrzał zdziwiony, ale zrobił to samo. 


Można powiedzieć, że był wręcz zafascynowany. Co jakiś czas spoglądał na mnie, jakby chciał się upewnić, że tak ma to właśnie wyglądać :-)  
I jakoś poszło :-)


Jeść nie próbował. Może więc w końcu dojrzeję do zabaw sensorycznych z fasolą, grochem i innymi łatwopołykalnymi?