sobota, 7 maja 2016

Maciusiowe BLW

Gdy Maciuś był jeszcze malutki, natknęłam się na informację o metodzie żywienia/karmienia/jedzenia o tajemniczo brzmiącej nazwie BLW... Zaczęłam zgłębiać temat i bardzo szybko wiedziałam - to jedyna słuszna metoda na rozszerzanie diety :-)
Czym jest BLW? Właściwie nazwa mówi wszystko: Bobas Lubi Wybór (w wolnym tłumaczeniu). W szczegóły wdawać się nie będę (wszystko można wyguglować), zaakcentuję tylko główną ideę - rola rodzica ogranicza się do przygotowania i podania posiłku. To dziecko decyduje czy, ile i jak szybko zje.
Łyżeczka idzie w kąt - BLW to nauka samodzielnego jedzenia już od samego początku. Dziecko nie dostaje zmiksowanej papki. Dostaje wszystkie produkty osobno, aby mogło wybierać, smakować, testować, wyrzucać i wypluwać do woli ;-)
Warunek - dziecko musi samodzielnie siedzieć. Dostanie bowiem do rączki kawałki jedzenia, pozycja leżąca to ogromne ryzyko zadławienia.
No i Maciuś zrobił nam psikusa. Był uprzejmy usiąść dopiero w 10 miesiącu. Niby nic wielkiego, teoria BLW mówi, że dziecko może być karmione wyłącznie mlekiem matki do ukończenia roku. Ale Maciuś strasznie chciał jeść. Wyrywał się do talerzy z jedzeniem. Wyciągał szyję do lekarstw podawanych na łyżeczce. Płakał, gdy jadło się przy nim, a on nie dostawał. No i jak tu się upierać przy BLW, skoro dziecko tak wyraźnie akcentuje, że chce JEŚĆ? W końcu poszłam po rozum do głowy: przecież ideą BW jest właśnie wybór dziecka. Więc trzeba jego wybór zaakceptować.
Ostatecznie w 8 miesiącu życia zaczęliśmy próbować. W krzesełku odchylonym do tyłu dostawał różyczki brokułów, ugotowane do miękkości. Aby zminimalizować ryzyko zadławienia, gotowałam do zbytniej miękkości i warzywa po prostu rozłaziły mu się w rączkach. 


Odpuściłam więc. Zaczęłam gotować zupki, nie miksując ich jednak na gładką papkę, i podawałam łyżeczką. Na śniadanka za to dostawał do rączki chlebek posmarowany różnymi pastami made by me. I tak to wyglądało przez jakiś czas. Aż w końcu Maciuś usiadł. Stopniowo zaczęłam rezygnować z karmienia łyżeczką i dzisiaj Maciuś w zasadzie wszystko jada samodzielnie. Zupki zamieniłam na warzywka z mięskiem gotowane na parze.




Maciuś dostaje na tackę mięsko z warzywkami i sam decyduje o kolejności i ilości swojego jedzenia. Sama radość patrzeć, jak wybiera - raz marcheweczka, potem ziemniaczek, mięsko, znowu marcheweczka, groszek i tak dalej.




Z niektórymi potrawami wszystko było jasne od początku - placuszki (smażone na suchej patelni) wcina się bardzo wygodnie.


Ale z niektórymi nie było to już takie oczywiste. Jak na przykład podać jajecznicę?
A tak: usmażyć na wodzie na dobrze ściętą.



A soczewicę? Wystarczy ugotować z innymi warzywami na gęsto i zblendowane potraktować jak pesto do makaronu.

Chwilę zastanawiałam się nad owsianką. Maciuś lubił taką z płatków różnego rodzaju, z dodatkiem suszonych owoców. Przez moment pomyślałam, że trudno. Ale szybko wpadłam na pomysł jak to zrobić: płatki razem z suszonymi owocami gotuję w małej ilości wody, aż powstanie gęsta glajcha, którą następnie blenduję (chodzi głównie o owoce), przekładam do pudełka i wkładam do lodówki. Rano da się to pokroić na małe kawałeczki, które Ciusio wcina, aż mu się uszy trzęsą.



Tym sposobem przy BLW nie trzeba rezygnować z podawania kaszy - takie kosteczki robię też z kaszy manny i jaglanej (samej lub z dodatkiem warzyw, na wodzie albo mleku kokosowym). 

Owoce? Proszę bardzo - wcina rozmaite, na przykład winogrona.



Albo jabłuszka - wtedy w całości.




W różnych źródłach można poczytać sobie o zaletach BLW. Dla mnie są niezaprzeczalne: 
1. Możliwość zjedzenia wspólnego, rodzinnego posiłku. Przy karmieniu łyżeczką albo dziecko je w innym czasie niż pozostali członkowie rodziny, albo ktoś inny jest wyłączony ze wspólnego posiłku, bo musi operować łyżeczką.
2. Dziecko jest otwarte na nowe smaki, bo ma możliwość poznawania, jak smakuje groszek, brokuły czy kasza jaglana.
3. Dziecko uczy się rozpoznawać uczucie sytości i głodu. Przestaje jeść, gdy czuje się nasycone. 
4. Jedzenie samo w sobie jest interesujące, nie trzeba go urozmaicać opowiastkami o samolocikach lądujących w buzi.
5. Rozwija małą motorykę - ujęcie paluszkami śliskiego kawałka mango albo malutkiego ziarenka groszku wymaga pewnych umiejętności.
6. Późne rozszerzanie diety minimalizuje prawdopodobieństwo wystąpienia problemów brzuszkowych. Przewód pokarmowy jest już dojrzalszy i lepiej radzi sobie z nowymi pokarmami. 
7. Potrzeba samodzielności dziecka jest spełniona.


Czy Maciuś podziela mój entuzjazm? 
Jego mina mówi chyba sama za siebie :-)




Wracając z majowego wyjazdu zatrzymaliśmy się w przydrożnej restauracji na obiad. Na szczęście na wyposażeniu było krzesełko dla dzieci. Dla Maciusia zamówiliśmy ziemniaczki z wody, pokrojone na kawałki. I byliśmy dumni z naszego 13-miesięcznego synka, który zjadł wszystko co do okruszynki i na podłogę wyrzucił tylko jeden kawałeczek :-) 







czwartek, 31 marca 2016

Co z tym jajkiem?

Kiedyś - gdy Emilka była w wieku Maciusia - myślałam, że metoda Montessori zaczyna się w okresie przedszkolnym. Dopiero potem, bo wgryzaniu się w temat odkryłam, że metoda ma wiele do zaoferowania już od samych narodzin. 
Montessori to cała idea - obserwowania dziecka, szanowania jego odrębności i indywidualności, podążania za jego potrzebami, dostrzegania wysiłku i pracy zamiast oceniania efektów. To brak miejsca na kary i nagrody, które zaburzają wewnętrzną motywację dziecka.
To wszystko można stosować już od początku.

Są i pomoce - specjalnie zaprojektowane dla małych dzieci. Po mobilach i małych zabaweczkach do rączki, przyszedł u nas czas na coś poważniejszego :-)

W koszyku z drewnianymi rzeczami (prezentowanym w poprzednim poście) znalazło się drewniane jajeczko i kieliszek na nie. Według zaleceń Montessori taką zabawkę dziecko powinno dostać do użytku w 8 miesiącu. Ale ponieważ Maciuś nie należy do ścisłej czołówki w rozwoju motorycznym, dostał je dopiero teraz. 
Usiedliśmy na podłodze, postawiłam przed nim kieliszek, wręczyłam jajko i pokazując palcem na kieliszek, powiedziałam: "Tutaj". 
Od razu zrozumiał, co trzeba zrobić. I po kilku próbach...



... umieścił jajko w kieliszku.


Od tego czasu umieszcza je tam co jakiś czas :-)

Zaczęliśmy też naukę precyzyjnego wrzucania. W tym pomaga nam pudełko z kulą, po części DIY. Takie pudełko (imbucare box) ma kilka wersji. Najprostsza polega na trafianiu kulą do okrągłego otworu. Potem wchodzą pewne modyfikacje, czyli różne kształty klocków i otworów albo szufladka, do której wpada kula.
Każde takie pudełko sporo kosztuje - powinno być zrobione z drewna, nie z plastiku. Może być kartonowe, ale cóż - nie będzie długo służyło, przynajmniej u nas. Pogłówkowałam więc i zrobiłam tak - odkupiłam od znajomej pudełko z szufladką po jej synku.

A następnie ja zmodyfikowałam. Miękką, szydełkową piłeczkę wymieniłam na drewnianą kulę, szufladkę wyjęłam, a pudełko wkleiłam w pokrywkę pudełka po butach. Do środka pudełka włożyłam kawałek tektury, która tworzy pochyłą rampę dla kuli.
No i wrzucamy.




Idzie mu już tak dobrze, że chyba niedługo przejdziemy na wersję z szufladką.   

Dzisiaj zaczęliśmy również naukę nawlekania. Kupiłam stojak na ręcznik papierowy (był za wysoki, więc tata Maciusia odpiłował połowę) i wydobyłam drewniane kółeczka do karnisza (które przydają się już kolejny raz). Maciuś zaczął próby. Na razie nie jest łatwo, ale chłopak ma w sobie wolę nauki, więc na pewno szybko opanuje tę umiejętność.


Zauważyłam u Maciusia nagły postęp w zakresie małej motoryki. Być może jest to efekt ćwiczeń rehabilitacyjnych, którym jest poddawany od jakiegoś czasu. A być może to po prostu jego tempo :-)



wtorek, 8 marca 2016

Koszyki skarbów

Mało nas tu ostatnio.... Jaka przyczyna? Chyba nakłada się kilka. Przede wszystkim - dobiega końca mój urlop maciusiński :-) A tu tyle spraw do załatwienia: rehabilitacja, lekarz jeden, drugi i trzeci, porządek w garderobie, krzesła do tapicera i milion innych drobiazgów, o których już wiem, że nie dam rady :-(
A do tego jeszcze czytam. Czytam i czytam, bo chcę być najmądrzejsza na świecie :-) Gdy już mi się wydaje, że przeczytałam wszystko, co powinnam, w aktualnie czytanej książce znajduję wzmiankę o innej, wartej przeczytania. No i dawaj - nieprzeczytane.pl i zamawiam. A wiecie, jak to się czyta przy roczniaku... Nie wiecie? To ja Wam powiem - powoli. No bo przecież niedopuszczalne jest spocząć w fotelu i zagłębić w lekturze - zaraz jakieś macki chwytają za nogi a paszcza wydaje niemiłosierne okrzyki. Więc czytam tylko w wybranych momentach - w trakcie usypiania na drzemkę (Maćka w chustę na plecy i maszeruję w kółko po pokoju) i gdy dzieci już śpią wieczorem. A i to też nie za długo, bo moje wieczne niedospanie daje o sobie znać. I nagle stwierdzam, że te dwie ostatnio przeczytane strony to nie wiem, o czym są....
Ale nie jest źle - na stercie "do przeczytania" zostały mi jeszcze tylko dwie książki :-) Oczywiście do czasu, gdy nie natknę się na wzmiankę o kolejnej, już coś mi się tam trzepocze z tyłu głowy, ale na razie odganiam jak muchę....


O książkach jeszcze kiedyś będzie, bo czytam takie rzeczy, że chyba będę musiała się tym podzielić. Ale to już nie dzisiaj.

W co się ostatnio bawimy?

Mila większość czasu spędza na swobodnej zabawie, w którą nie ingeruję. Zabawa toczy się wokół, tudzież z udziałem, wróżek. Był czas, że miałam dosyć - ciągle tylko te wróżki i wróżki... Ale kiedyś, ukradkiem, aczkolwiek z uwagą, przyjrzałam się tej zabawie. Jaka ona okazała się wszechstronnie rozwijająca! Mila wymyśla scenariusze, więc wyobraźnia pracuje. Wciela się w różne postacie, więc doskonali komunikację i relacje interpersonalne. Ubiera je w małe recepturki (które udają wszystko), więc doskonali małą motorykę. Wycina im ubranka ze szmatek i papieru, więc doskonali posługiwanie się nożyczkami. Pisze na karteczkach ich imiona i rysuje portreciki, czym wprawia rękę do pisania. Buduje dla nich domki, szkoły i szpitale z klocków Lego, a więc znowu mała motoryka oraz wyobraźnia (przestrzenna). I tak dalej. A to wszystko z wielką motywacją wewnętrzną i zaangażowaniem! Więc nikt mi już nie powie, że zabawa wróżkami jest głupia :-)

A tymczasem Maciuś...
...grzebie sobie w koszykach skarbów. 
O jednym już pisałam Tutaj

Jakie jeszcze mu przygotowuję?

Koszyk piłek. Cała różnorodność - plastikowa, gumowa, szmaciana, drewniana, włóczkowa, kolczasta, dzwoniąca, migocząca, szeleszcząca.... uffff! Do wyboru, do koloru.
Turla sobie wszystkie, a że raczkowanie opanował już perfekcyjnie, to ma zabawę zapewnioną na pewien czas.


Koszyk kółek, albo raczej okręgów. Czyli bransoletki różnej maści. Również różne tworzywa i faktury.



Koszyk drewniany.
Przedmioty z drewna, nie pomalowane.


Drewno jest tworzywem niezmiernie miłym w dotyku. W przeciwieństwie do metalu czy plastiku. 


Koszyk do czesania. Też zajął na dłuższą chwilę.

 
W planie oczywiście kolejne koszyki, napiszę o nich jak tylko znajdę trochę wolnego czasu. Bo wiecie jak to jest - strasznie człowiek zajęty na tym urlopie...






poniedziałek, 1 lutego 2016

Wałek

Kupiłam Ci ja wałek do ciasta. Ale nie do ciasta. Oczywiście do zabawy.

Znajoma przesłała mi kiedyś link do świetnej zabawki, niestety  nieosiągalnej dla mnie. 



Nie znalazłam w żadnym polskim sklepie, a kupno za granicą to zbyt wysokie koszty. Ale dla chcącego....

Rzeczony wałek przepiłowałam na pół. Znaczy - ja trzymałam, tata Mili przepiłował. I jeszcze przewiercił kilka otworków na wylot.



Ja wygrzebałam 5 par drewnianych korali. Przez otwory przewlokłam (czy przewlekłam?) sznurek i na każdym z końców zawiązałam koralik. Specjalnymi węzłami, żeby nie pospadały.


Powstało coś takiego:


Oczywiście najpierw musiało zostać przetestowane przez starszą - czy aby na pewno nada się dla Maciusia.


Próba wypadła pozytywnie i brat został uszczęśliwiony nową zabawką. 


 Początkowo potraktował ją jako gryzak - zawsze można na niego liczyć w tym zakresie.

 

 Ale po jakimś czasie zaczął bawić się też koralikami.



Teraz, gdy Maciuś już siedzi, łatwiej mu bawić się manipulacyjnymi zabawkami, gdzie może nieskrępowanie używać obydwu rąk.