wtorek, 3 marca 2015

Rozterki

Dzisiaj nie będzie żadnego nowego pomysłu. Dzisiaj będą moje rozterki, wyrzuty sumienia, wnioski, konkluzje itp.

Jako, że założyłam sobie w końcu konto na Facebooku (w menu z prawej strony ikonka z przekierowaniem, jakby ktoś chciał), moja aktywność w sieci znaczenie wzrosła. Facebook okazał się dokładnie tym, czym się spodziewałam - pierwszorzędnym pożeraczem czasu. Dlatego też tak długo się przed nim broniłam, ale w końcu poległam :-)
Chociaż nie mogę powiedzieć, że tracę tam czas. Dołączyłam do kilku grup, zgodnych z moimi zainteresowaniami, wymieniam doświadczenia, zbieram inspiracje, dorzucam coś od siebie...  To dla mnie bardzo cenne.
Ale w związku z tym trafiłam na mnóstwo nowych blogów, na których mamy robią wspaniałe rzeczy ze swoimi dziećmi.
I - jak to już kiedyś bywało - dopadły mnie wyrzuty sumienia.

Że ja tak mało.
Że żadnej geografii.
Że żadnej historii.
Że mało o zwierzątkach.
Że nic o roślinkach.
Że mało eksperymentów.
Że mało tego i tamtego.
Że mogłabym więcej.....

Ale w międzyczasie też czytam sobie (już nie internet). Na przykład taką książkę państwa Minge "Jak kreatywnie wspierać rozwój dziecka?" (polecam!). I tam czytam: Rodzicu - Ty nie musisz. Ty możesz, jeśli chcesz. I ile chcesz. I tylko wtedy, jeśli chcesz. Oczywiście nie jest to cytat, ale sens właśnie ten.

I zaczynam myśleć inaczej. Że chcę. I że dopóki chcę, dopóty jest dobrze. Bo jak będę musiała, to będzie gorzej.

Bo przecież ja nie prowadzę formalnej edukacji domowej. Emilka uczęszcza do przedszkola, montessoriańskiego przedszkola. Szkołę również takową dla niej planujemy. Więc mogę zostawić w spokoju przyrodę, geografię i eksperymenty. Bo nie muszę realizować żadnego programu. Mogę pomagać jej w tym, czego ona teraz poszukuje: czytanie, liczenie... Do tego nasze ulubione stymulowanie zmysłów i pobudzanie wyobraźni...

Jak dobrze mi z tą świadomością, że NIE MUSZĘ.

:-)





 

piątek, 27 lutego 2015

Kleksy

Zabawa stara jak świat - a ciągle aktualna.
Mila bardzo lubi dopatrywać się różnych kształtów we wszystkim - na przykład w kanapce po każdym kolejnym gryzie :-)

To mi przypomniało o kleksach.

Naszykowałam kilka kartek papieru i tusz.

 
Najpierw robiłyśmy zgięcie w połowie kartki, potem kapałyśmy na nią tuszem.

 
Mila ponownie składała kartkę i dociskała dwie połówki. Po rozłożeniu powstawała plama. W której oczywiście trzeba było doszukać się jakiegoś konkretnego kształtu.

 
W pierwszym kleksie Mila od razu dostrzegła ludzką postać.

 
W efekcie powstała dziewczynka, podskakująca na łące z kwiatami.

 
Jeden kleks to było zdecydowanie za mało. Powtórzyłyśmy procedurę. Co nam powstało tym razem?

 
Oczywiście Pippi Pończoszanka! Obok zostali dorysowani jej przyjaciele - Tommy i Annika.

 
Przy kolejnym razie trochę inaczej rozlałam krople i powstało coś takiego.

 
Tutaj sprawa wymagała chwili namysłu. I zaczęła powstawać historia.

 
Rozwijająca się w miarę rysowania.

 
O gęstym lesie. O dziewczynce z kokardą na głowie, zbliżającą się z oddali. O potworze, któremu widać tylko głowę i łapy, i o dziewczynce, która kryje się przed nim pod ziemią tak, że wystaje jej tylko głowa... Brrrrr! Mrożąca krew w żyłach to była historia :-)

 
Kolejny kleksik nie był już tak skomplikowany.
 
 
 
Powstała ryba.


A Mila ciągle nie miała dość.
Zrobiłyśmy więc jeszcze jeden.

Proszę bardzo - oto dzidziuś w kąpieli :-)



Że jak? Że niby nie widać, gdzie ten dzidziuś? No cóż - Mila widzi doskonale :-))

Znakomite ćwiczenie , pobudzające wyobraźnię dziecka. Szczerze polecam - Mila miała niesamowitą radochę. Gdyby nie to, że czas nas gonił, zrobiłybyśmy jeszcze kilka. Chociaż z drugiej strony widać, że w miarę upływu kleksów, rysunki robią się coraz mniej staranne. Chyba jednak skończyłyśmy we właściwym momencie. Niedosyt, który pozostał, pozwoli cieszyć się tą zabawą kolejny raz, i to już niedługo.




środa, 25 lutego 2015

Klimaty jeszcze zimowe

Czuć wiosnę w powietrzu. Temperatura wysoka, ciepły wiaterek wieje w twarz.

"Wiosna nadchodzi, córeczko".
"Jak to? Przecież ja jeszcze nie ulepiłam ani jednego bałwana!"

Co prawda, to prawda. Śniegu tej zimy było jak na lekarstwo, a jak już był, to my albo nie mogłyśmy wyjść, albo mróz był i śnieg się kiepsko lepił. Gdybym wtedy wiedziała, że to jedyna okazja na bałwana, to byłabym bardziej uparta, a tak? Zima mija, a bałwanów niet.

No to sobie jakąś namiastkę zorganizowałyśmy. Ponieważ akurat pianki do golenia w domu nie było (a po wymieszaniu tejże z mąką ziemniaczaną wychodzi fajny śnieg), zrobiłyśmy masę solną.
Tradycyjnie - szklanka mąki, szklanka soli i pół szklanki wody. Dodałyśmy też trochę oleju i białego brokatu, żeby się błyszczało, jak śnieg w słońcu. 

 
Mila osobiście zagniatała masę.

 
Potem wycinałyśmy kształty - kółeczka różnych rozmiarów , renifery i spadające gwiazdy (tak wybrała Emilka).

 
Najwięcej uwagi poświęciłyśmy bałwankom.
Do części masy dodałyśmy barwników - miałyśmy więc czerwoną na nosy i niebieską na garnki :-)

Do zdobienia użyłyśmy też ziarenek kolorowego pieprzu.

 
Garnki wycinałyśmy nożem.




 
Do ozdobienia użyłyśmy też cynamonu - zaczęłyśmy od rogów renifera:
 
 
 
Ale bałwankom też się dostało :-)

 
Bałwanki i inne zostały pozostawione do wysuszenia w temperaturze pokojowej.

 
Po części artystycznej nastąpiła - jak zawsze - zabawa w ciapaninę.
Reszta masy, plus woda, plus kakao.

 
 
Bałwanowo dziecko zostało usatysfakcjonowane. Chociaż - wiadomo - nie ma to jak bałwan z prawdziwego śniegu....
Może za rok się uda.
 
 
 
 

sobota, 21 lutego 2015

Jeszcze miesiąc...


 
...jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem. Już zaczynam myśleć o tym, że warto by spakować torbę. Odkurzyć wózek i łóżeczko. Wyprać ubranka w proszku hypoalergicznym. Prasować nie będę, choć niektórzy zalecają. Ale zalecają też kąpiele w przegotowanej wodzie, a ja staram się zachować zdrowy rozsądek.

Za miesiąc Mila będzie musiała się podzielić. Wszystkim. Z tą małą istotką, o jakże jednak wielkiej roli.

Bardzo chciała mieć siostrę, prosiła nas o nią dużo wcześniej. Nie obyło się bez rozczarowania, gdy okazało się, że jednak brat. Ale i tak się cieszy. Na razie. Potem pewnie będzie różnie. Ja w każdym razie przygotowuję się na ciężką pracę. Żeby nie poczuła się odrzucona. Żeby nie poczuła się mniej ważna. Żeby miała poczucie wzbogacenia, a nie zubożenia.


  ****************************************************************************
 
Chciałabym mieć czas, żeby pisać o tym, co robimy wspólnie. Mam duże plany, które oczywiście mogą obrócić się wniwecz, jeśli synek nie będzie chciał współpracować ;-)))) Często zadaję sobie pytanie, czy będzie mi trudniej, bo z dwójką dzieci, czy właśnie łatwiej, bo mam już macierzyńskie doświadczenie? Pewne rzeczy zaczęłam przygotowywać już teraz, korzystając z czasu, którego potem będzie jak na lekarstwo. Chociaż i teraz szybko ucieka. No i ta kondycja...
Podobno ciąża to nie choroba. Ja często mam wątpliwości - największe przy porannym napełnianiu pudełeczka dzienną porcją lekarstw……
 

 
 Trzymajcie za nas kciuki. To już niedługo.