Mila jest trochę pokrzywdzona przez los - ma tylko jedną babcię i jednego dziadka.
Ci, których już nie ma, odeszli przed jej urodzeniem.
Ale chcemy, aby byli dla niej kimś więcej niż tylko twarzami z fotografii. Żeby wiedziała, że byli, jacy byli i jak bardzo by ją kochali, gdyby nadal byli...
Żeby jeszcze lepiej mogła umiejscowić ich w naszej rodzinie, zrobiłyśmy drzewo genealogiczne.
Na początek najprostsze, z zamiarem późniejszego uzupełnienia o innych członków rodziny.
Przygotowałam zdjęcia - jakości podłej, bo po prostu wydrukowane na zwykłej drukarce. Ale widać, kto jest kto i o to chodziło.
Na dużym papierze narysowałam drzewo. Mila je pokolorowała i dorysowała listki.
Zaczęło się wycinanie zdjęć. Nawet nikogo przy tym nie zdekapitowała :-)
I przyklejałyśmy na gałęziach. Mila szybko załapała o co chodzi i sama proponowała miejsca do naklejania zdjęć - niektóre bardzo trafnie.
A niektóre związki okazały się zaskoczeniem - że ciocia to siostra taty, to wiedziała. Ale że ciocia to córka babci, to już była dla niej niespodzianka :-)
Któż to się chowa pod jej rączką?
Nasz sierściuch się załapał : -) Planowane to nie było - jego zdjęcie to odrzut ze zdjęcia taty, ale Mila zażyczyła sobie, żeby przykleić. Znaczy, że też rodzina? Może to od taty strony...
A jaki związek między mamą i tatą?
A taki:
Drzewo powędrowało na drzwi pokoju dzieci. Zostało przyozdobione kwiatuszkami i trawką.
No i teraz mam problem, bo nie przemyślałam sprawy do końca i nie zostawiłyśmy zbyt dużo wolnego miejsca. A Mila już w tej chwili dopytuje się o nieobecnych na drzewie wujków. No i mam zagwozdkę - jak ich tu dokleić?
We wspieraniu rozwoju Mili i Maciusia staramy się stosować ideę Marii Montessori - stwórz dziecku sprzyjające otoczenie i pozwól w nim działać samodzielnie. Proponuj zajęcia, pokazuj możliwości, zapewniaj materiały, ale niczego nie narzucaj, na nic nie nalegaj. Obserwuj, po co dziecko sięga. Słuchaj, o co pyta . . . . . I podążaj za nim.
poniedziałek, 31 marca 2014
wtorek, 25 marca 2014
Pokoje Życzliwości
Wiecie co to jest? Pokoje Życzliwości?
To kolorowe miejsca dla dzieci w szpitalach.
To zbudowana od początku lub
odświeżona świetlica w szpitalu na oddziale dziecięcym.
20 metrów kwadratowych –
wstęp tylko dla dzieci.
Przytulne sofy, specjalna kolorowa ściana z
okrągłymi półkami i dywan w szachownicę.
Ideą projektu jest stworzenie na szpitalnych oddziałach takich pomieszczeń, w
których dzieci chociaż na chwilę
zapomną o trudnej rozłące z rodzicami i szpitalnym leczeniu.
"Pokoje Życzliwości" składają się z czterech
stref: artystycznej, zabawy, edukacji i czytelni. Dzieci mogą tam korzystać ze
sprzętu komputerowego, telewizyjnego, gier edukacyjnych i przyborów
szkolnych a profesjonalny personel dba o bezpieczeństwo i prawidłowy
przebieg każdej aktywności dzieci.
Pokoje Życzliwości powstają dzięki inicjatywie Stowarzyszenia Pozytywne.
Do tej pory udało im się wybudować/wyremontować już cztery
takie świetlice: 2 we Wrocławiu, 1 w Żorach oraz 1 w Oławie. Kolejna
świetlica powstanie w Szpitalu Wielospecjalistycznym w Jaworznie. Jednak kolejne
40 placówek z całej Polski czeka na swoją kolej.
Stowarzyszenie Pozytywne.com
Emilka do tej pory nie przebywała w szpitalu (wyjąwszy oczywiście pobyt poporodowy). Ale gdyby (tfu, tfu..) tak się zdarzyło, to fajnie by było, gdyby miała do dyspozycji coś więcej niż szpitalne łóżko.
Szczególne pozdrowienia dla tych, co w szpitalu....
środa, 19 marca 2014
Jak nie zmarnować....
Dzisiaj na obiadokolację jadłyśmy sobie pierogi. Ruskie, made by babcia, zawsze u nas w cenie. Kto pierwszy skończy, ten pożądliwie spogląda na talerze współbiesiadników, którzy jeszcze konsumują... A oni wiedzą, że nie należy się odwracać....
Ja swoje już zjadłam, Mila jeszcze nie. We wspólnej misce zostały jeszcze cztery. Ja je widziałam, Mila nie (za krótka jest jeszcze). Mówię: "Zostały jeszcze cztery. Dla kogo?" "Dla mnie!" - pada zdecydowanie. Ale ja nie daję za wygraną: "Ja też się jeszcze nie najadłam. Podzielmy się po równo". "Dobrze - ona na to. - to dla każdego po dwa."
A mi szczęka w dół.
Nie - nie dlatego, że się podzieliła, to akurat u niej dość normalne. Ale że ona umie już dzielić? I to tak w myśli, nie patrząc, nie widząc? Że cztery na pół to dwa?
Mila spać, ja do laptopa. Wujek Google pokazał na przykład to:
Proszę Państwa - nie zawstydzajcie Mili. To już było ho ho ho...
Nie ma rady - chyba ona zdolna jest.
A tu prof. Gruszczyk-Kolczyńska czarne wizje rozciąga: "Zdolne dzieci najłatwiej znaleźć w grupie pięciolatków, zanim rozpoczną naukę w szkole. Z moich badań wynika, że tu co piąte dziecko jest wybitnie uzdolnione, w grupie sześciolatków - co czwarte. Tymczasem w grupie pierwszoklasistów, po pół roku nauki w szkole, wybitne uzdolnienia - na skutek różnych działań szkoły - wykazuje już tylko co ósmy uczeń".
Pięknie.
I jak uchronić dziecko? Mogę się dwoić i troić, wymyślać zabawy pielegnujące te uzdolnienia (a pedagogiem ani psychologiem nie jestem, wyszukanie, przygotowanie i przeprowadzenie takowych to dla mnie czasem dużo pracy), a ona i tak .....pójdzie do szkoły. Niby Montessori, ale jednak... szkoły. W naszej polskiej rzeczywistości.
Przyrodni brat Emilki (w tej chwili 13-letni) to klasyczny przykład zduszenia uzdolnień (nota bene matematycznych). W wieku 5 lat potrafił W PAMIĘCI dodawać trzycyfrowe liczby. A potem poszedł do szkoły. Po kilku tygodniach nauki tamże, na pytanie: "Ile jest 7 + 4?" chłopak rozczapierzał palce i liczył: "Jeden, dwa..... dziesięć, JEDENAŚCIE!" I to nie jest żadna ściema - to przykład z życia, ręczę, że prawdziwy.
Już wiem, co mi będzie spędzało sen z powiek przez kilka najbliższych lat.... Jak uratować dziecko??
Ja swoje już zjadłam, Mila jeszcze nie. We wspólnej misce zostały jeszcze cztery. Ja je widziałam, Mila nie (za krótka jest jeszcze). Mówię: "Zostały jeszcze cztery. Dla kogo?" "Dla mnie!" - pada zdecydowanie. Ale ja nie daję za wygraną: "Ja też się jeszcze nie najadłam. Podzielmy się po równo". "Dobrze - ona na to. - to dla każdego po dwa."
A mi szczęka w dół.
Nie - nie dlatego, że się podzieliła, to akurat u niej dość normalne. Ale że ona umie już dzielić? I to tak w myśli, nie patrząc, nie widząc? Że cztery na pół to dwa?
Mila spać, ja do laptopa. Wujek Google pokazał na przykład to:
Standardy osiągnięć dziecka 3-4 letniego w obszarze edukacji matematycznej
Dziecko:
- Posługuje sie słowami określającymi położenie
przedmiotów w przestrzeni: na, pod, obok, za;
- Nazywa kierunki: w przód, w tył, do góry, w
dół, w bok;
- Ocenia wielkość przedmiotów
używając określeń: duży, mały, mniejszy, większy;
- Ocenia ciężar przedmiotów
używając określeń: lekki, ciężki;
- Prawidłowo nazywa i pokazuje części swojego
ciała;
- Klasyfikuje przedmioty wg określonej cechy-
kształt, kolor, wielkość, przeznaczenie;
- Porównuje liczebność zbiorów- równo, mniej,
więcej;
- Manipuluje figurami geometrycznymi- nazywa,
rozpoznaje koło, kwadrat, trójkąt;
- Posługuje sie liczebnikami
głównymi i porządkowymi w dowolnym zakresie;
- Zna pojęcie: para.
Proszę Państwa - nie zawstydzajcie Mili. To już było ho ho ho...
Nie ma rady - chyba ona zdolna jest.
A tu prof. Gruszczyk-Kolczyńska czarne wizje rozciąga: "Zdolne dzieci najłatwiej znaleźć w grupie pięciolatków, zanim rozpoczną naukę w szkole. Z moich badań wynika, że tu co piąte dziecko jest wybitnie uzdolnione, w grupie sześciolatków - co czwarte. Tymczasem w grupie pierwszoklasistów, po pół roku nauki w szkole, wybitne uzdolnienia - na skutek różnych działań szkoły - wykazuje już tylko co ósmy uczeń".
Pięknie.
I jak uchronić dziecko? Mogę się dwoić i troić, wymyślać zabawy pielegnujące te uzdolnienia (a pedagogiem ani psychologiem nie jestem, wyszukanie, przygotowanie i przeprowadzenie takowych to dla mnie czasem dużo pracy), a ona i tak .....pójdzie do szkoły. Niby Montessori, ale jednak... szkoły. W naszej polskiej rzeczywistości.
Przyrodni brat Emilki (w tej chwili 13-letni) to klasyczny przykład zduszenia uzdolnień (nota bene matematycznych). W wieku 5 lat potrafił W PAMIĘCI dodawać trzycyfrowe liczby. A potem poszedł do szkoły. Po kilku tygodniach nauki tamże, na pytanie: "Ile jest 7 + 4?" chłopak rozczapierzał palce i liczył: "Jeden, dwa..... dziesięć, JEDENAŚCIE!" I to nie jest żadna ściema - to przykład z życia, ręczę, że prawdziwy.
Już wiem, co mi będzie spędzało sen z powiek przez kilka najbliższych lat.... Jak uratować dziecko??
poniedziałek, 17 marca 2014
Wyklejanka
Na dziale warzywnym wypatrzyłam takie gąbeczki - oddzielały od siebie kiście winogron. Pomyślałam sobie, że na pewno do czegoś się przydadzą. Pani w kasie patrzyła na mnie dziwnym wzrokiem, ale to mi nie pierwszyzna :-)
W domu pocięłam część gąbeczek (bo wzięłam całe naręcze, a co) na różne kształty. Posegregowałam je - w tym celu bardzo przydały się wkładki do pudełka po ptasim mleczku.
Jeszcze niebieski karton, klej i mogłyśmy zacząć tworzyć nasz zimowy krajobraz.
To i owo trzeba było przyciąć.
I można było zacząć przyklejać.
Dodałyśmy też watę - żeby nadać puszystości, imitującej śnieg.
Tęsknota za śniegiem jest. Ze względu na różne okoliczności - także przyrody - Mila miała okazję do zabawy w śniegu dwukrotnie w tym sezonie.
Ja tam się bez śniegu obywam doskonale, ale ja stara już jestem. A dziecko - wiadomo....
I taki właśnie zimowy obrazek nam powstał.
Mila odczuwała jednak niedosyt. Zażyczyła sobie pejzażu jesiennego.
Kolorystyka zgoła inna, nie ma więc mowy o gąbce. Pocięłam na kawałeczki skrawki materiałów w tonacji wiadomo jakiej. Tym razem chciała zrobić samodzielnie. Co mi nawet pasowało, bo miałam swoje zajęcie.
No i robiła.
Z wielkim zaangażowaniem realizowała swoją koncepcję....
...drzewa z jabłuszkami.
I na tym etapie wyklejanki się znudziły.
Chociaż nie wątpię, że powrócą. I to może nawet przy okazji wielkanocnych pisanek, bo to przecież tuż tuż....
W domu pocięłam część gąbeczek (bo wzięłam całe naręcze, a co) na różne kształty. Posegregowałam je - w tym celu bardzo przydały się wkładki do pudełka po ptasim mleczku.
Jeszcze niebieski karton, klej i mogłyśmy zacząć tworzyć nasz zimowy krajobraz.
To i owo trzeba było przyciąć.
I można było zacząć przyklejać.
Dodałyśmy też watę - żeby nadać puszystości, imitującej śnieg.
Tęsknota za śniegiem jest. Ze względu na różne okoliczności - także przyrody - Mila miała okazję do zabawy w śniegu dwukrotnie w tym sezonie.
Ja tam się bez śniegu obywam doskonale, ale ja stara już jestem. A dziecko - wiadomo....
I taki właśnie zimowy obrazek nam powstał.
Mila odczuwała jednak niedosyt. Zażyczyła sobie pejzażu jesiennego.
Kolorystyka zgoła inna, nie ma więc mowy o gąbce. Pocięłam na kawałeczki skrawki materiałów w tonacji wiadomo jakiej. Tym razem chciała zrobić samodzielnie. Co mi nawet pasowało, bo miałam swoje zajęcie.
No i robiła.
Z wielkim zaangażowaniem realizowała swoją koncepcję....
...drzewa z jabłuszkami.
I na tym etapie wyklejanki się znudziły.
Chociaż nie wątpię, że powrócą. I to może nawet przy okazji wielkanocnych pisanek, bo to przecież tuż tuż....
Subskrybuj:
Posty (Atom)
