Jak już niektórzy wiedzą, pójście Mili do przedszkola jest u nas wydarzeniem, do którego się starannie przygotowywaliśmy. O tym można było przeczytać Tutaj.
Dzisiaj nastąpił ten wielki dzień i nie mogę sobie odmówić krótkiego komentarza.
Jak się okazało, międlenie tematu przedszkola przez kilka miesięcy dało efekty.
Mila weszła do przedszkola radośnie, tak samo powędrowała z nami do salki na piętrze, gdzie od razu nawiązawszy kontakt z Panią (skądinąd bardzo sympatyczną) powędrowała na oględziny sali. Buziak na pożegnanie otrzymałam już w pewnym roztargnieniu i pośpiechu.
Została w przedszkolu do 13-tej. Tata zastał ją przy zabawie, a następnie nie był w stanie przerwać słowotoku, który popłynął z ust córeczki, gdy zaczęła opowiadać, co robiła i jak się bawiła.
I nawet obiad zjadła, mimo że na talerzu z mięsem i ziemniakami leżały również pomidory (a to na ogół dyskwalifikuje posiłek w całości). Ale to pewnie dlatego, że bardzo głodna była, bo śniadanie zdyskwalifikowane zostało przez rzodkiewkę, leżącą na każdej kanapce...
Pewnie jeszcze trochę za wcześnie na otrąbienie sukcesu, ale i tak bardzo się cieszę, że nie było koszmaru dnia pierwszego.
Jutro też chce iść :-)
To ją zaprowadzimy, a co.
We wspieraniu rozwoju Mili i Maciusia staramy się stosować ideę Marii Montessori - stwórz dziecku sprzyjające otoczenie i pozwól w nim działać samodzielnie. Proponuj zajęcia, pokazuj możliwości, zapewniaj materiały, ale niczego nie narzucaj, na nic nie nalegaj. Obserwuj, po co dziecko sięga. Słuchaj, o co pyta . . . . . I podążaj za nim.
poniedziałek, 2 września 2013
niedziela, 1 września 2013
Noszenie dzieci
Cofnęłam się dziś myślami do czasów niemowlęctwa Emilki.
"Nie bierz na ręce, jak tylko zakwęka, bo przyzwyczaisz."
Znacie to?
Dobre rady starszego pokolenia (i nie tylko), które na szczęście puszczałam mimo uszu. Nigdy nie ograniczałam Mili bliskiego kontaktu ze mną i nigdy tego nie żałowałam. Nosiłam, przytulałam, usypiałam na rękach. Niczego nie robiłam na siłę - żadnego płaczu "aż się zmęczy", żadnej bolesnej nauki samodzielnego zasypiania itp. Moja intuicja podpowiadała mi inną drogę i cieszę się, że ją wybrałam.
Żałuję tylko jednego - że tak późno odkryłam chustę.
Dostałam ją w prezencie (choć na moje wyraźne życzenie), jak Mila miała już pół roku. A że lato było wtedy upalne, więc tak naprawdę chustą mogłyśmy się omotywać dopiero u jego schyłku, a wtedy już wróciłam do pracy i codzienne długie spacery odeszły w zapomnienie.
Ale za to praktykowałyśmy nosidełko. Było nawet praktyczniejsze na letnie dni, bo bardziej przewiewne.
Mila nie cierpiała jeździć w głębokim wózku. Zdecydowanie bardziej wolała oglądać świat z perspektywy nosidła.
O zaletach noszenia dzieci więcej znajdziecie Tutaj.
A te dzisiejsze wspominki to właśnie na okoliczność nowego banerka po prawej stronie :-)
"Nie bierz na ręce, jak tylko zakwęka, bo przyzwyczaisz."
Znacie to?
Dobre rady starszego pokolenia (i nie tylko), które na szczęście puszczałam mimo uszu. Nigdy nie ograniczałam Mili bliskiego kontaktu ze mną i nigdy tego nie żałowałam. Nosiłam, przytulałam, usypiałam na rękach. Niczego nie robiłam na siłę - żadnego płaczu "aż się zmęczy", żadnej bolesnej nauki samodzielnego zasypiania itp. Moja intuicja podpowiadała mi inną drogę i cieszę się, że ją wybrałam.
Żałuję tylko jednego - że tak późno odkryłam chustę.
Dostałam ją w prezencie (choć na moje wyraźne życzenie), jak Mila miała już pół roku. A że lato było wtedy upalne, więc tak naprawdę chustą mogłyśmy się omotywać dopiero u jego schyłku, a wtedy już wróciłam do pracy i codzienne długie spacery odeszły w zapomnienie.
Ale za to praktykowałyśmy nosidełko. Było nawet praktyczniejsze na letnie dni, bo bardziej przewiewne.
Mila nie cierpiała jeździć w głębokim wózku. Zdecydowanie bardziej wolała oglądać świat z perspektywy nosidła.
O zaletach noszenia dzieci więcej znajdziecie Tutaj.
A te dzisiejsze wspominki to właśnie na okoliczność nowego banerka po prawej stronie :-)
piątek, 30 sierpnia 2013
Las
Nasz las powstał już miesiąc temu, ale wakacje jakoś nie sprzyjają blogowaniu, przynajmniej u nas - ciągle nas gdzieś nosi i sposobności brak, żeby przy laptopie usiąść, bo jak nie poza domem, to akurat w trakcie pakowania lub rozpakowywania. Coś się tam w międzyczasie robiło, ale nie zawsze była możliwość, żeby posta o tym napisać. Więc w najbliższej przyszłości będzie kilka wpisów niezupełnie aktualnych.
Wracając do naszego lasu - dużo spacerów po tym prawdziwym zrobiłyśmy w trakcie pobytu nad jeziorem, bo nie zawsze pogoda sprzyjała kąpielom i ciapaniu się w piasku.
Z naszych spacerów nie wracałyśmy oczywiście z pustymi rękami. Zwiozłyśmy trochę tego do domu.
Tatamili dopiero po powrocie został ostatecznie uświadomiony, co pakował do bagażnika w niewinnie wyglądających torbach... Szczególnie nie zachwycił go dwukilowy kamień, który jednakże ma bardzo ciekawy kształt serca....
Dość szybko po powrocie postanowiłyśmy nasze skarby wykorzystać.
Zagniotłam sporą ilość masy solnej. Według innego przepisu niż dotychczas (zerknij Tutaj), czyli dodałam więcej mąki (3 szklanki mąki, 1 szklanka soli, 1 szklanka wody) i masa wyszła delikatniejsza i bardziej sprężysta. Dodałam trochę kakao (za mało, jak się okazało po wyschnięciu) i zaczęłyśmy tworzyć nasz las.
Mila odrywała po kawałku masy i wypełniała nią pokrywkę od pudełka po butach.
Musiałam troszkę pomóc, żeby masa wypełniła równomiernie pudełko aż po brzegi.
Nasze skarby leżały już naszykowane.
Zaczęłyśmy wciskać je w masę. Patyczki były drzewami a szyszki jałowcami. A kamyki nie wiem czym - chyba grały same siebie :-)
Na ściółkę wykorzystałyśmy produkty kuchenne, i tak: suszony rozmaryn imitował patyczki, kasza gryczana szyszki, a bazylia - suche liście.
Las prezentował się tak:
W zabawkach Mili znalazły się różne figurki-zwierzątka. Co prawda niedźwiedzia brunatnego musiał odgrywać miś panda, a zajączki miały na sobie narty lub inne akcesoria niezupełnie do rzeczy, ale od czego jest wyobraźnia....
Zwierzątka zebrały się na polance przy ognisku. Ognisko miało być wyimaginowane, ale....
... do zabawy włączył się tatamili.
Żaróweczka, kabelki, płaska bateria, kilka wykałaczek i ......
...na naszej polance zapłonęło prawie-prawdziwe ognisko!
Efekt naprawdę imponujący!
Po krótkim instruktażu Emilka mogła już samodzielnie gasić i rozpalać ognisko :-)
Oczywiście wszystkie zasady obchodzenia sie z ogniem w lesie zostały zachowane :-)
Wracając do naszego lasu - dużo spacerów po tym prawdziwym zrobiłyśmy w trakcie pobytu nad jeziorem, bo nie zawsze pogoda sprzyjała kąpielom i ciapaniu się w piasku.
Z naszych spacerów nie wracałyśmy oczywiście z pustymi rękami. Zwiozłyśmy trochę tego do domu.
Tatamili dopiero po powrocie został ostatecznie uświadomiony, co pakował do bagażnika w niewinnie wyglądających torbach... Szczególnie nie zachwycił go dwukilowy kamień, który jednakże ma bardzo ciekawy kształt serca....
Dość szybko po powrocie postanowiłyśmy nasze skarby wykorzystać.
Zagniotłam sporą ilość masy solnej. Według innego przepisu niż dotychczas (zerknij Tutaj), czyli dodałam więcej mąki (3 szklanki mąki, 1 szklanka soli, 1 szklanka wody) i masa wyszła delikatniejsza i bardziej sprężysta. Dodałam trochę kakao (za mało, jak się okazało po wyschnięciu) i zaczęłyśmy tworzyć nasz las.
Mila odrywała po kawałku masy i wypełniała nią pokrywkę od pudełka po butach.
Musiałam troszkę pomóc, żeby masa wypełniła równomiernie pudełko aż po brzegi.
Nasze skarby leżały już naszykowane.
Zaczęłyśmy wciskać je w masę. Patyczki były drzewami a szyszki jałowcami. A kamyki nie wiem czym - chyba grały same siebie :-)
Na ściółkę wykorzystałyśmy produkty kuchenne, i tak: suszony rozmaryn imitował patyczki, kasza gryczana szyszki, a bazylia - suche liście.
Las prezentował się tak:
W zabawkach Mili znalazły się różne figurki-zwierzątka. Co prawda niedźwiedzia brunatnego musiał odgrywać miś panda, a zajączki miały na sobie narty lub inne akcesoria niezupełnie do rzeczy, ale od czego jest wyobraźnia....
Zwierzątka zebrały się na polance przy ognisku. Ognisko miało być wyimaginowane, ale....
... do zabawy włączył się tatamili.
Żaróweczka, kabelki, płaska bateria, kilka wykałaczek i ......
...na naszej polance zapłonęło prawie-prawdziwe ognisko!
Efekt naprawdę imponujący!
Po krótkim instruktażu Emilka mogła już samodzielnie gasić i rozpalać ognisko :-)
Oczywiście wszystkie zasady obchodzenia sie z ogniem w lesie zostały zachowane :-)
wtorek, 20 sierpnia 2013
Autoportret
Emilka coraz bardziej lubi rysowanie.
Najchętniej rysuje postacie, coraz fajniej jej to wychodzi, coraz więcej szczegółów i cech charakterystycznych ujmuje na swoich rysunkach. I coraz więcej kolorów zaczyna używać, już nie jedną kredką wszystko, ale postacie są różnobarwne.
Tylko samą siebie rysuje zawsze bez żadnych cech szczególnych.
Postanowiłam jej trochę pomóc w wyindywidualizowaniu siebie samej :-)
Na stoliku postawiłam lusterko i powiedziałam Mili, żeby narysowała siebie, oglądając się równocześnie w lusterku.
Zabrała się do dzieła z ochotą.
Powstał z tego taki autoportret.
Postać jest zupełnie inna niż te, które rysuje na ogół - są dużo lepsze proporcje, jest szyja (!), która zawsze jest pomijana, są warkoczyki, które nigdy nie są rysowane.
Co prawda przy kolorowaniu ubrania kończyny scaliły się z tułowiem, ale uwierzcie mi, że były :-)
Postępy w sztuce rysowniczej moja córka bez wątpienia czyni .
Najchętniej rysuje postacie, coraz fajniej jej to wychodzi, coraz więcej szczegółów i cech charakterystycznych ujmuje na swoich rysunkach. I coraz więcej kolorów zaczyna używać, już nie jedną kredką wszystko, ale postacie są różnobarwne.
Tylko samą siebie rysuje zawsze bez żadnych cech szczególnych.
Postanowiłam jej trochę pomóc w wyindywidualizowaniu siebie samej :-)
Na stoliku postawiłam lusterko i powiedziałam Mili, żeby narysowała siebie, oglądając się równocześnie w lusterku.
Zabrała się do dzieła z ochotą.
Powstał z tego taki autoportret.
Postać jest zupełnie inna niż te, które rysuje na ogół - są dużo lepsze proporcje, jest szyja (!), która zawsze jest pomijana, są warkoczyki, które nigdy nie są rysowane.
Co prawda przy kolorowaniu ubrania kończyny scaliły się z tułowiem, ale uwierzcie mi, że były :-)
Postępy w sztuce rysowniczej moja córka bez wątpienia czyni .
Subskrybuj:
Posty (Atom)









