No i tyle było ładnej pogody....
Od południa pada i pada. I nie zanosi się na to, żeby miało szybko przestać....
Więc narysowałyśmy sobie deszcz.
Do kartki przymocowałam domek, wycięty z innej kartki.
Potem Mila narysowała biegnące w poprzek ukośne linie. Użyłyśmy linijki - po raz pierwszy, więc pomagałam ją Mili przytrzymywać podczas rysowania linii.
Gdy cała kartka była już "zapadana" deszczem, zdjęłyśmy domek.
Okazało się, że w środku jest sucho i przyjemnie. A na dworze cały czas deszcz.
Niestety....
We wspieraniu rozwoju Mili i Maciusia staramy się stosować ideę Marii Montessori - stwórz dziecku sprzyjające otoczenie i pozwól w nim działać samodzielnie. Proponuj zajęcia, pokazuj możliwości, zapewniaj materiały, ale niczego nie narzucaj, na nic nie nalegaj. Obserwuj, po co dziecko sięga. Słuchaj, o co pyta . . . . . I podążaj za nim.
czwartek, 11 lipca 2013
wtorek, 9 lipca 2013
Ścieżka sensoryczna
Dzisiaj przygotowałam dla Emilki ścieżkę sensoryczną.
Moje zbieractwo naprawdę się przydało.
Uprzedziłam Milę, że chcę naszykować jej zabawę. "A mogę się podglądać?" - padło jak zawsze. Bo czasami proszę, żeby nie podglądała, bo chcę ją zaskoczyć (albo uniknąć miliona pytań: a co to, a na co, a po co, a z czego, a mogę dotknąć/powąchać/polizać?.... zanim zacznie się zabawa właściwa). I tym razem właśnie poprosiłam, żeby nie podglądała. Zajęła się więc zabawą spinaczami do bielizny, jedną z jej ulubionych na balkonie.
A w tym czasie ja przygotowałam:
papier - taki, którym owijają kwiaty w kwiaciarni, cieniutki i szeleszczący
ścinki szmatek - hurra! przydały się!
kto mej radości nie rozumie, niech sobie zajrzy Tutaj
guziki
folię bąbelkową
wytłoczkę po czekoladkach, odwróconą do góry dnem
i kulki hydrożelowe
Najpierw przeszła ścieżkę z otwartymi oczami.
Pytałam ją o odczucia - określała bardzo trafnie:
papier był szeleszczący, ścinki mięciutkie i ciepłe, guziki twarde i zimne, folia śliska, wytłoczka kłująca (oj tak - sama próbowałam), a kulki delikatne.
Potem zawiązałam jej chustkę na oczach i Mila skoncentrowała się wyłącznie na dotyku.
O mały włos nie wywaliła tacy z kulkami :-)
Ale jakoś udało się wyratować i można było sobie podreptać.
Ścieżka została schodzona w tę i z powrotem, ja też musiałam :-)
Fajna zabawa, a w dodatku daje tyle możliwości...! Już mi się tłoczą kolejne podłoża w głowie :-)
Ale wiadomo - w końcu się znudziła. Ale jeden z jej elementów nie. Taca z kulkami powędrowała na balkon i Mila spędziła przy nich jakąś godzinkę.
O kulkach już kiedyś pisałam Tutaj.
Starła je na miazgę. Cały balkon był w skrawkach kulek. Pół mieszkania zresztą też, bo co jakiś czas przybiegała informować mnie o postępach w masakrowaniu kulek.
Ale posprzątała pięknie - nic nie musiałam poprawiać. Dobrze wiedzieć, że umie tak starannie odkurzać ;-)
Dzisiejszy dzień zaliczam do bardzo udanych:
zabawa ciekawa, dziecko zadowolone, mama miała chwilę dla siebie a przy okazji chałupa wyodkurzana - same zalety z konstruowania ścieżki, zachęcam!
Moje zbieractwo naprawdę się przydało.
Uprzedziłam Milę, że chcę naszykować jej zabawę. "A mogę się podglądać?" - padło jak zawsze. Bo czasami proszę, żeby nie podglądała, bo chcę ją zaskoczyć (albo uniknąć miliona pytań: a co to, a na co, a po co, a z czego, a mogę dotknąć/powąchać/polizać?.... zanim zacznie się zabawa właściwa). I tym razem właśnie poprosiłam, żeby nie podglądała. Zajęła się więc zabawą spinaczami do bielizny, jedną z jej ulubionych na balkonie.
A w tym czasie ja przygotowałam:
papier - taki, którym owijają kwiaty w kwiaciarni, cieniutki i szeleszczący
ścinki szmatek - hurra! przydały się!
kto mej radości nie rozumie, niech sobie zajrzy Tutaj
guziki
folię bąbelkową
wytłoczkę po czekoladkach, odwróconą do góry dnem
i kulki hydrożelowe
Ułożyłam wszystko w jednym rzędzie i zawołałam Milę.
Najpierw przeszła ścieżkę z otwartymi oczami.
Pytałam ją o odczucia - określała bardzo trafnie:
papier był szeleszczący, ścinki mięciutkie i ciepłe, guziki twarde i zimne, folia śliska, wytłoczka kłująca (oj tak - sama próbowałam), a kulki delikatne.
Potem zawiązałam jej chustkę na oczach i Mila skoncentrowała się wyłącznie na dotyku.
O mały włos nie wywaliła tacy z kulkami :-)
Ale jakoś udało się wyratować i można było sobie podreptać.
Ścieżka została schodzona w tę i z powrotem, ja też musiałam :-)
Fajna zabawa, a w dodatku daje tyle możliwości...! Już mi się tłoczą kolejne podłoża w głowie :-)
Ale wiadomo - w końcu się znudziła. Ale jeden z jej elementów nie. Taca z kulkami powędrowała na balkon i Mila spędziła przy nich jakąś godzinkę.
O kulkach już kiedyś pisałam Tutaj.
Starła je na miazgę. Cały balkon był w skrawkach kulek. Pół mieszkania zresztą też, bo co jakiś czas przybiegała informować mnie o postępach w masakrowaniu kulek.
Ale posprzątała pięknie - nic nie musiałam poprawiać. Dobrze wiedzieć, że umie tak starannie odkurzać ;-)
Dzisiejszy dzień zaliczam do bardzo udanych:
zabawa ciekawa, dziecko zadowolone, mama miała chwilę dla siebie a przy okazji chałupa wyodkurzana - same zalety z konstruowania ścieżki, zachęcam!
poniedziałek, 8 lipca 2013
Morze w butelce
Zaczynamy myśleć o urlopie, który zbliża się wielkimi krokami :-)
Nad morze się co prawda nie wybieramy, ale nad jezioro i owszem. Ponieważ musimy jeszcze na nie trochę poczekać, na razie zrobiłyśmy sobie namiastkę tegoż.
Do plastikowej butelki wlałyśmy wodę - trochę więcej niż pół.
Potem Mila wrzuciła do niej muszelki, kamyczki i małe plastikowe rybki.
Dodałyśmy też kilka cekinów, bo wydawało mi się, że z nimi efekt będzie fajniejszy (nie był).
Potem do wody dodałyśmy niebieskiego barwnika i Mila z zaciekawieniem obserwowała, jak rozprzestrzenia się w wodzie.
Chwilę zatrzymałyśmy się przy temacie mieszania się cieczy.
Barwnika dodałam za dużo i woda zrobiła się całkiem granatowa, ale na tym etapie łatwo było to naprawić. Odlałam, dolałam i było ok.
Potem dopełniłyśmy butelkę olejem i Mila mogła obserwować, jak olej pozostaje ponad wodą - inaczej niż barwnik, który się z nią wymieszał.
Przekręciłyśmy i .....
... mogłyśmy obserwować nasze morze.
(cały czas rejestrując fakt utrzymywania się na górze oleju)
Położyłyśmy je na kuchennym oknie, bo przeświecające przez nie słońce czyniło je jeszcze ciekawszym.
Aż się chciało położyć na gorącym piasku i czekać na falę.....
Byle do urlopu :-)
Nad morze się co prawda nie wybieramy, ale nad jezioro i owszem. Ponieważ musimy jeszcze na nie trochę poczekać, na razie zrobiłyśmy sobie namiastkę tegoż.
Do plastikowej butelki wlałyśmy wodę - trochę więcej niż pół.
Potem Mila wrzuciła do niej muszelki, kamyczki i małe plastikowe rybki.
Dodałyśmy też kilka cekinów, bo wydawało mi się, że z nimi efekt będzie fajniejszy (nie był).
Potem do wody dodałyśmy niebieskiego barwnika i Mila z zaciekawieniem obserwowała, jak rozprzestrzenia się w wodzie.
Chwilę zatrzymałyśmy się przy temacie mieszania się cieczy.
Barwnika dodałam za dużo i woda zrobiła się całkiem granatowa, ale na tym etapie łatwo było to naprawić. Odlałam, dolałam i było ok.
Potem dopełniłyśmy butelkę olejem i Mila mogła obserwować, jak olej pozostaje ponad wodą - inaczej niż barwnik, który się z nią wymieszał.
Przekręciłyśmy i .....
... mogłyśmy obserwować nasze morze.
(cały czas rejestrując fakt utrzymywania się na górze oleju)
Położyłyśmy je na kuchennym oknie, bo przeświecające przez nie słońce czyniło je jeszcze ciekawszym.
Aż się chciało położyć na gorącym piasku i czekać na falę.....
Byle do urlopu :-)
czwartek, 4 lipca 2013
Płatki dla motyla
Rodzice objadali się pysznościami z grilla, a tymczasem......
...Mila obrywała płatki ze wszystkich piwonii w ogrodzie. Dla motyla. Żeby miał co jeść. Nie wiem dlaczego nie mógłby sobie jeść bezpośrednio z kwiatka. Ale Mila pewnie wiedziała. Nie mógł i już.
Ciocia Monika wyrozumiała była.
Mogłyśmy sobie nawet do woreczka nasypać i zabrać ze sobą.
No i zabrałyśmy.
Tego samego dnia nie było już czasu, żeby coś z nich zrobić, ale następnego i owszem.
Obawiałam się, że płatki zwiędną, ale miały się całkiem dobrze.
Dałam Mili dużą czarną kartkę i klej w sztyfcie.
I zaczęłyśmy naklejać
Mila smarowała klejem kartkę i naklejała w tym miejscu płatek.
Ja zrobiłam kwiatka.
Mila ozdobiła go stokrotką (też z ogrodu cioci).
W pewnym momencie Emilka zapragnęła sprawdzić, jak na płatki zadziała wyciskacz do czosnku.
Ponieważ nie zadziałał w żaden spektakularny sposób, ponownie zajęła się naklejaniem.
Nasz kwietny obraz zaczął prezentować się tak:
Wtedy dałam Mili nożyczki (zwykłe, bo Mila gardzi swoimi dziecięcymi, tępymi nożyczkami). Pocięła płatki na malutkie kawałeczki.
Którymi potem posypywała papier, posmarowany klejem.
Efekt był bardzo fajny.
Dopóki się obrazu nie podniosło i większość malutkich płatków nie spadła :-(
Ale i tak bardzo zadowolone byłyśmy z naszej pracy.
Płatki kwiatów są bardzo przyjemne w dotyku. Delikatne, gładkie i chłodne, a to ostatnie bardzo cenne w taki upał :-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

